Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Historia bez hipoteki

Magdalena Mrozek
Tak wygląda dworek w Susku dzisiaj, widok od tyłu
Tak wygląda dworek w Susku dzisiaj, widok od tyłu A. Wołosz
Niecałe dziesięć kilometrów od Ostrołęki, przy drodze Rzekuń - Nowa Wieś, w niewielkiej miejscowości Susk Stary straszy mocno nadgryziony zębem czasu dworek polski z końca XVIII wieku. Zaniedbany dworek i park powoli zaczną odzyskiwać dawny blask, bo od 3 lipca jego właścicielem nie jest już Skarb Państwa, ale rodzina pasjonatów z Ostrowi Mazowieckiej, którym marzy się tutaj hotelik. Zabytek ma historyczne, przez rodzinne koneksje dawnych właścicieli powiązania z pałacykiem w Szczawinie. Obu współczesnych gospodarzy łączy ostrowskie pochodzenie.

Z historii dworku

Zniszczenie w 1939 roku ksiąg hipotecznych dworku w Susku nie pozwala zbyt precyzyjnie określić jego losów. Prawdopodobnie powstanie murowanego dworu należy wiązać z osobą Antoniego Bukowskiego, herbu Bończa, posła ziemi łomżyńskiej, szambelana Stanisława Augusta, który około 1770 roku z nieznanych powodów przejął wieś po Mikołaju Zenonie Suskim, dziedzicu dóbr Zabiela.
Po Antonim Bukowskim Susk odziedziczył jego syn, także Antoni ożeniony z Anną, córką Mikołaja Glinki.
Po śmierci Antoniego (ok. 1840 r.) Susk pozostaje w rękach wdowy, która z kolei majątek przekazuje bratankowi - Mikołajowi Glince (urodził się w1827 r.). Po jego śmierci cały majątek zostaje podzielony między synów. Antoniemu przypada Szczawin, a nowym dziedzicem Suska zostaje Władysław Glinka. Razem z żoną Anną de Calome gospodarzy w nim do wybuchu I wojny światowej. Dwór nie został zniszczony w czasie działań wojennych i przebywający w Rosji Glinka 23 października 1915 r. sporządził u rejenta plenipotencję upoważniającą brata Antoniego do zarządzania Suskiem.
Po odzyskaniu niepodległości i powrocie do kraju, zarząd nad majątkiem przejął syn Władysława - Jan Glinka. Był m.in. współzałożycielem Uniwersytetu Ludowego w Ostrołęce, gdzie propagował mechaniczną uprawę roli. Z jego inicjatywy około 1925 roku doszło do gruntowej przebudowy, która nadała mu formę dworku polskiego z końca XVIII w.
W 1931 roku majątek przestał być własnością Glinków. W związku ze zniszczeniem ksiąg hipotecznych nie można stwierdzić, co było przyczyną utraty dochodowego majątku. Wśród dawnych mieszkańców krążyła wersja o rzekomym poręczeniu przez Glinkę dużej pożyczki za niejakiego Rościszewskiego, którą następnie sam musiał spłacać.
Od 1931 roku Susk Stary stanowił własność Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. W 1935 roku zostaje kupiony przez Dominika Kibortta dla jego syna Tadeusza. Wtedy też wschodnia oficyna pełniła funkcję niewielkiego pensjonatu, który prowadziła żona Tadeusza - Wanda.
W 1947 roku majątek (wówczas o powierzchni 108,90 ha) ulega parcelacji, a dwór przechodzi na własność państwa. W latach pięćdziesiątych przeprowadzono gruntowną przebudowę i adaptację pomieszczeń dla pracowników POM-u. We wschodniej oficynie do lat osiemdziesiątych siedzibę miała szkoła gminna.

Na podstawie dokumentacji opracowanej przez Waldemara Baraniewskiego.

Zanim poznaliśmy nowych właścicieli (zdecydowanie nie chcą by podawać ich nazwisko w gazecie - przyp. red.) oraz ich bliskie i całkiem odległe plany związane z nowo nabytym majątkiem, wybraliśmy się do Suska.
Trafiliśmy bez trudu, z drogi głównej przed front dworku zaprowadziła nas aleja, mocno przerzedzona z kilkudziesięcioletnich drzew, które kiedyś były jej największą ozdobą.
Zobaczyliśmy parterowy, podpiwniczony dworek z cegły w opłakanym stanie. Trudno się nawet dziwić, skoro budynek owszem figuruje w rejestrze zabytków, ale w ślad za tym nie szły od wojewody pieniądze ani na remonty, ani na bieżące utrzymanie.
O tym, że ktokolwiek odważył się zamieszkać w tej ruinie świadczą cztery białe talerze anten satelitarnych, przymocowanych do brudnych ścian, rozwieszone na sznurku przy studni pranie i drewniany wychodek.

Strach przed dachem na głowie

Na schodach portyku siedzi starsza kobieta, której podeszły wiek wyrzeźbił na twarzy głębokie zmarszczki - Stanisława Walewska. Na kolanach trzyma wnuka. Chłopiec, nie ma chyba więcej niż rok i kilka miesięcy, dzierży w małej rączce pajdę chleba. Pytamy panią Stanisławę o nowych właścicieli.
No tak, podobno są, ale co to za ludzie i skąd, jeszcze nie wie. Wie już za to z sąsiedzkich rozmów, że trzeba będzie się wyprowadzić.
- Tylko, dokąd, jak ja tu już czterdzieści lat mieszkam - mówi bezradnie.
Choć przyznaje, że na te lata, które jej jeszcze zostały, chciałaby się przenieść w lepsze warunki i pozbyłaby się strachu, że dach na głowę spadnie.
- A ja przez tyle lat to już się przyzwyczaiłam - z półmroku, z wnętrza budynku wyszła zwabiona nieznajomymi głosami Celina Sakowska. - Aha, dziennikarze, Tygodnik Ostrołęcki. - Lokatorzy znają gazetę. Pani Celina zgadza się pokazać w jakiej biedzie od wielu lat muszą żyć. Żeby nikt nie myślał, że skoro we dworze to nie wiadomo w jakich luksusach.

Dwór bez burżujów

Objaśnia już na wstępie, że wśród lokatorów burżujów nie ma. W większości to bezrobotni, parę osób ma rentę, ktoś inny emeryturę. Jak ktoś pracuje, to przeważnie dorywczo. O tym, że rodziny są wielodzietne mówić nie musi, bo nietrudno to było zauważyć.
Wody bieżącej w dworku nie ma, ogrzewania centralnego też, są za to dziury w podłogach i przegniły dach.
Prowadzi nas do dwuizbowego mieszkania sąsiadki, potem do swojego - dwóch z wielu, które powstały w latach pięćdziesiątych, kiedy w budynku została przeprowadzona gruntowna przebudowa wnętrz na mieszkania dla pracowników POM-u (państwowy ośrodek maszynowy - przyp. red.). Wzniesiono wówczas ściany działowe, wybito otwory na drzwi i w każdym mieszkaniu zbudowano kuchnie węglowe.
W obu mieszkaniach właściwie to samo, zapach stęchlizny, żółte zacieki na ścianach, grzyb i dziwne wybrzuszenia na suficie.
- Tam stoją wiadra, garnki, do których leci woda jak deszcz pada - wyjaśnia. — Jednej sąsiadce to mało brakowało i spadłoby wiadro na głowę z sufitu - opowiada dość niedawne zdarzenie.
Ciasnymi, ciemnymi korytarzami kluczymy gdzieś dalej.
Pukamy do jakiś drzwi i od progu przejmują nas państwo Kuligowscy.
- Ja was zaraz oprowadzę i zobaczycie co tu się dzieje - głos Dariusza Kuligowskiego jest stanowczy. Jego żona, Halina pokazuje nam jeszcze palcem wygięty w pałąk sufit w pokoju nad szafą.
- Wanna - wyjaśnia.
I z miejsca pan Dariusz, który w Susku zadomowił się ćwierć wieku temu, prowadzi nas po trzeszczących niemiłosiernie schodach na poddasze, żebyśmy sami mogli te wiadra, miski i wannę zobaczyć. Szybko orientujemy się, że poręczy schodów lepiej mocniej nie chwytać, bo może niechcący zostać w ręku. Dostajemy też ostrzeżenie, jak stąpać po poddaszu, żeby przypadkiem nie wylądować w piwnicy.
- Dach się zarywa, dziury takie, że zimą na strychu zaspy leżą. Krokwie są tak przegniłe, że młotka nie potrzeba, gwóźdź ręką można w nie włożyć - wylicza. A przez dziury w podłodze widać hol na parterze.
- Tu gdzie teraz stoimy, tyle że pod nami znajduje się pomieszczenie, za które chcieli, żebym płacił czynsz - mówi i pokazuje stertę gruzu i dziurę w deskach podłogi a kondygnację niżej w suficie. - Ze dwa lata już nie płacimy, bo i za co?

Dzicy lokatorzy

Umowy najmu z lokatorami dworku zostały rozwiązane sporo wcześniej, bo w 1999 roku, kiedy ekspertyza wykazała, że budynek grozi zawaleniem. W tym czasie budynkiem zrządzało już ostrołęckie starostwo w imieniu wojewody.
- Przekazaliśmy mieszkańcom informację, że nie będziemy zawierać z nimi umów najmu, ponieważ istnieje zagrożenie dla życia i że powinni się wyprowadzić. Nie mogliśmy jednak eksmitować tych ludzi na bruk - tłumaczy nam Kazimierz Biedrzycki, dyrektor Wydziału Geodezji, Budownictwa i Gospodarki Nieruchomościami w ostrołęckim starostwie.
Starostwo nie dysponuje żadnymi lokalami zastępczymi. Tą sprawą powinna zająć się gmina.
- Wójt Rzekunia zaproponował, że odda nam na mieszkania szkołę w Borawem - opowiada Kuligowski. - Ale to jeszcze gorsza ruina, z zarwaną podłogą. Wiadomo, że nikt z lepszego w gorsze nie pójdzie - zaznacza. - Wójt ciągle obiecuje i mówi, że już coś tam załatwia dla nas, że jeździ do starosty, tyle że nic z tego gadania nie wynika. Dopiero może jakby się komuś coś złego stało, to tempo by wzrosło.
Lokatorzy dworu w Susku mają już za sobą pierwsze rozmowy z nowymi właścicielami dworku.
- W porządku człowiek, dwie rodziny ma zostawić. Wyszykuje dla nich dom przy dworku w zamian za pracę - mówią. - Siłą nas chyba stąd wyrzucać nie będzie.
Nowi właściciele Suska potwierdzają, że chcą do doglądania majątku wybrać dwie pracowite rodziny, które wzbudzą ich zaufanie. Będą mogły zamieszkać w osiemdziesięciometrowym domku, który wkrótce wyremontują.
Na razie widać, że emocje związane z zakupem dworku i spełnieniem marzenia nie opadły, choć można odnieść wrażenie, że do właścicieli nie dotarło jeszcze, że oprócz budynku z ciekawą historią i ziemi, nabyli sporą grupę ludzi, którzy mimo narzekania na warunki, nie zrobili przez wiele lat nic, by pójść w końcu na swoje.
Dla jednej z rodzin lokal zastępczy obiecał prezydent Ostrołęki, dla innych, jak dowiedzieliśmy się od dyrektora Biedrzyckiego, zadeklarował w trakcie rozmów prowadzonych w starostwie, mieszkaniową pomoc wójt Rzekunia, Bogusław Tyszka.
Wójt Tyszka powiedział nam, że w tej chwili prowadzi rozmowy o przejęciu bloku przy ul. Turskiego, w którym jest ok. 20 pokoi. Są tam dużo lepsze warunki niż w Susku, do bloku doprowadzone jest np. ciepło miejskie. Mieszkanie dla dwu rodzin znajdzie się w domku przy ul. Miłej. Wcześniej domek trzeba będzie wyremontować. Wójt zapewnia, że nikt nie pozostanie bez dachu nad głową z powodu sprzedaży starego dworu.
- Nie sądzę, że te rodziny tutaj zostaną. W końcu dworek stanowi już moją własność. Jeśli dostaną od wójta mieszkania i będą wybrzydzać, to bardzo mi przykro, ale podejmę zdecydowane kroki - słyszymy w odpowiedzi na pytanie, czy nowi właściciele nie obawiają się, że dotychczasowi lokatorzy nie zechcą się wyprowadzić.
Podkreślają jednak, że nie chcą konfliktu. Między innymi z tego powodu nie oglądali jeszcze wszystkich pomieszczeń w budynku.
- Jeśli jednak spotkamy się z umyślną dewastacją, wyciągniemy konsekwencje i rozstaniemy się bez pardonu - zapowiadają.

Rodzinny interes

Dworek w Susku kupili głównie z myślą o swoich dzieciach, o ich przyszłości. W dalekich planach mają hotel. Zafascynowane dworkiem latorośle nowych właścicieli tuż po decyzji o kupnie dworku wybierały kierunki studiów, które w przyszłości mogą być pomocne do prowadzenia rodzinnego interesu. Warto wspomnieć, że przez pewien czas w dworku był prywatny pensjonat (1935 rok), który prowadziła Wanda Michalska-Kiborttowa.
Zanim trafili do Suska kilka lat poszukiwali miejsca, które urzekłoby ich aż tak, że zdecydowaliby się tam osiąść, zainwestować pieniądze i zakasać rękawy do pracy, której wcale się nie boją.
Z ogromnym zapałem rodzina z Ostrowi przystąpiła do oczyszczania i pogłębienia zarośniętego stawu. - Ludzie dziwnie reagują, kiedy widzą nas przy pracy. Nie rozumiem ich zdziwienia. Jakby fizyczna praca była jakąś ujmą - opowiadają.
Zanim zdecydowali się na Susk, obejrzeli około czterdziestu dworów.
- Zjeździliśmy Mazury, rejon Sokołowa, Przasnysza, dawnego województwa siedleckiego. Zaglądaliśmy do przeróżnych zakamarków polecanych np. przez konserwatorów zabytków. Mieliśmy w trakcie tych poszukiwań dość ciekawą ofertę z Rożnowa, około 300 kilometrów stąd, gdzie jest piękny klasycystyczny dwór, nie zniszczony park. Żona przekonała mnie jednak, że to zdecydowanie za daleko i nie moglibyśmy tak, jak teraz przyjeżdżać codziennie po pracy. Poza tym większość z tych miejsc ma wciąż nieuregulowaną sytuację prawną.
Kupno Suska zaproponowała im konserwator zabytków Elżbieta Olejak, szefowa ostrołęckiej delegatury Wojewódzkiego Ośrodka Służby Ochrony Zabytków.
- Powiedziała to chyba trochę w żartach - wspominają.
- Właściwie tylko na podstawie zdjęć, które obejrzałam w starostwie, zdecydowałam, że to jest właśnie to miejsce, którego szukamy - wspomina właścicielka. - Na naszej decyzji oprócz odległości zaważyła też historia tych okolic, o której przeczytaliśmy w książce "Rzekuń i okolice" i to, że w okolicach Ostrołęki nie ma tego typu obiektu. Pierwszy raz wspólnie do Suska przyjechaliśmy na początku listopada ubiegłego roku.
A już 18 listopada złożyli konserwatorowi program użytkowania zabytkowego dworku.

Wielkie sprzątanie

Jednak dopóki starzy lokatorzy urzędują w dworku, właściciele nie mogą rozpocząć prac renowacyjnych. Na początek będzie wietrzenie, osuszanie i wywiezienie śmieci. Jeszcze w tym roku zamierzają teren ogrodzić i uprzątnąć.
- Po wielkim sprzątaniu zajmiemy się dokładniej stawami. Chcielibyśmy nasadzić nenufarów. Mąż ma już w głowie gotowy projekt, przewiduje on także wysepkę dla ptaków - twierdzi włścicielka.
- Przylatują tu żurawie, są bociany, kurki wodne. Być może w przyszłości pojawią się też bażanty, pawie. Kochamy z żoną spokój, ciszę i przyrodę - dopowiada mąż.
Planują przywrócić do dawnej świetności park, w którym za kilka lat oprócz drzew, które jakimś cudem nie trafiły pod siekierę, będą rosły miłorzęby, klony pensylwańskie, klony tatarskie - w sumie około stu sześćdziesięciu gatunków drzew.
Jeśli chodzi o sam budynek, chcą odtworzyć jego wygląd z okresu międzywojnia. Przybędzie jedynie pokoi na poddaszu dla przyszłych gości hotelowych, z myślą o których powstanie też kort tenisowy.
Gotowy plan zagospodarowania mają również piwnice ze wspaniałymi krzyżowymi sklepieniami, w których być może mieścić się będzie sala konferencyjna.
Małżonkowie kilkakrotnie podczas rozmowy podkreślali, że bardzo dobrze układa im się współpraca z konserwatorem zabytków i starostą. Spotkali się z ich strony z dużą przychylnością.

Od dwustu do dwudziestu pięciu tysięcy

- Już w 1999 roku podjęliśmy próbę sprzedaży dworku w Susku, po uprzedniej zgodzie na ogłoszenie przetargu od wojewody. Wyszacowaliśmy nieruchomość na kwotę 200 tys. zł. Pewne zainteresowanie było w momencie ogłoszenia przetargu, ale w ślad za tym nie wpłynęła żadna oferta - o próbach sprzedaży opowiadał nam dyrektor Kazimierz Biedrzycki. - Ogłosiliśmy wtedy drugi przetarg, w którym zgodnie z przepisami obniżyliśmy cenę o 50 procent. Wpłynęła jedna oferta za mienie zabużańskie. Przetarg unieważniono, ponieważ zgłosił się tylko jeden oferent i w dodatku oferta nie spełniała wszystkich prawnych wymogów. Chociaż muszę wspomnieć, że drugi przetarg cieszył się sporym zainteresowaniem, ale wszystkich odstraszał fakt, że budynek ma lokatorów.Wystąpiliśmy więc do wojewody o zgodę na sprzedaż w wyniku negocjacji. Po ogłoszeniu zgłosiły się trzy osoby, ale ofertę złożyła tylko jedna i ta właśnie kupiła dworek.
Zaoferowana cena wynosiła 50 tys. zł. Z tym, że w przypadku obiektu zabytkowego przysługiwała 50-proc. ulga, po uprzedniej deklaracji, że nowi właściciele zobowiązują się do prac renowacyjnych w uzgodnieniu z konserwatorem zabytków.
Dworek sprzedano więc za bajecznie niską kwotę 25 tys. złotych, ale też bajecznej kwoty potrzeba, by doprowadzić tę ruinę do użytku.
Nowi właściciele są pełni zapału i choć nie zgodzili się by napisać skąd wezmą pieniądze na renowację dworku, wygląda na to, że dworek w Susku przestanie straszyć.
Gdzie znajdą dach nad głową jego lokatorzy, sprawdzimy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki