Henryk Kowalczyk: Będziemy twardo trzymać się planu, nie grozi nam głód. Wywiad z ministrem rolnictwa.

Lucyna Talaśka-Klich
Lucyna Talaśka-Klich
Henryk Kowalczyk, minister rolnictwa i rozwoju wsi, wicepremier
Henryk Kowalczyk, minister rolnictwa i rozwoju wsi, wicepremier Adam Jankowski
Udostępnij:
Rozmowa z Henrykiem Kowalczykiem, wicepremierem i ministrem rolnictwa, o sytuacji w polskim rolnictwie i perspektywach związanych z Europejskim Zielonym Ładem.

6 lutego minęło sto dni od czasu objęcia przez pana funkcji szefa resortu rolnictwa. Trzy dni później, gdy w ministerstwie trwała konferencja podsumowująca ten czas, w wielu miejscach w kraju manifestowali rolnicy. Jedno z haseł protestujących: „Zielony Ład znaczy głód!” Czy rzeczywiście może być aż tak źle?

W tym haśle jest ogromna przesada. Nie grozi nam głód.

Rolnicy obawiają się, że z powodu Europejskiego Zielonego Ładu będą musieli znacząco obniżyć stosowanie środków ochrony roślin (zapowiadano, że w ciągu 10 lat nawet o 50 proc.) i nawozów (o 20 proc.). A to - ich zdaniem - przełoży się na spadek plonów. Nie mają racji?

Europejski Zielony Ład jest rzeczywiście wymagający dla rolników, ale w krajowym Planie Strategicznym zapisaliśmy niewielką redukcję - zarówno nawozów, jak i środków ochrony roślin. To jest np. o jeden kilogram czystego azotu na hektar!

Czy taka redukcja spowoduje duży spadek plonów? Nie sądzę. Jeśli do tego zastosujemy na przykład precyzyjne badanie gleby, możemy nawet na tym zyskać.

Unijna strategia „Na rzecz bioróżnorodności” zakłada, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat ekologiczna produkcja będzie zajmować 25 proc. użytków rolnych. Czy w Polsce to realne?

W założeniach Zielonego Ładu jest rzeczywiście 25 procent, ale my przyjęliśmy, że w Polsce będzie to 7 procent.

Na razie produkcja ekologiczna zajmuje 3,5 proc., więc założyliśmy podwojenie. Zatem są to skromne wymagania, możliwe do spełnienia.

Jednak rolnicy - którzy nie zajmują się produkcją ekologiczną - narzekają, że Bruksela ciągle skraca listę środków ochrony roślin i nie daje im skutecznej alternatywy. Środków biologicznych wciąż jest za mało na rynku, a poza tym są one drogie, więc koszty produkcji zapewne jeszcze wzrosną. Co można zrobić, żeby pomóc naszym gospodarzom?

Ze środkami ochrony roślin jest rzeczywiście problem, bo zdarzają się przypadki, że w niektórych krajach unijnych jakiś środek jest dopuszczony do stosowania, a u nas nie.

I to są błędy, które trzeba naprawić, bo jeśli gdzieś jest on dopuszczony, to u nas nie może być pochopnie wycofany. To jest możliwe do zrobienia, by pomóc naszym rolnikom.

Jeden z głównych postulatów protestujących dotyczył dramatycznej sytuacji na rynku trzody chlewnej. Rolnicy przyznają, że przyda im się pomoc dla gospodarzy utrzymujących lochy i prosięta, ale podkreślają, iż jednorazowe wsparcie to za mało. Twierdzą, że sytuację mogłyby poprawić stałe dopłaty do loch hodowlanych i tuczników, ale - co istotne - tylko tych polskich.

No właśnie, i to jest ten problem - jak rozpoznać, że tucznik jest polski? Nie jest tak łatwo określić, czy świnie w tuczu nakładczym są polskie. Trzeba by wprowadzić taki mechanizm, by zwierzęta były łatwo identyfikowalne. Przecież tucznik nie ma wypisanej informacji na głowie, gdzie spędził życie.

Tym bardziej konsument nie może mieć takiej wiedzy. Promujemy polską żywność, a tymczasem osoba kupująca mięso nawet jeśli kupuje wieprzowinę z polskiego zakładu, to nie ma pewności, czy nie pochodzi ona ze świni, która większość życia spędziła w innym kraju.

No właśnie, dlatego zdecydowaliśmy się na system pomocy do loch z uwzględnieniem systemu rejestracji prosiąt urodzonych w Polsce. Jest to realne wsparcie - sto złotych do jednego prosięcia.

Ale jednorazowe.

Wiem, że rolnicy oczekują trwałej, a nie tylko jednorazowej pomocy. System wsparcia został wprowadzony czasowo, ale nie wykluczam kolejnej pomocy.

Rozumiem, że nie można utrzymać hodowli, sprzedając żywiec wieprzowy po 4 złote za kilogram. Trudna sytuacja na rynku trzody jest w całej Europie. Liczę na to, że ceny kiedyś wreszcie pójdą do góry.

Celem wsparcia dla rolników utrzymujących lochy i prosięta jest pomoc w przetrwaniu trudnego czasu. A jeśli cena w skupie nie drgnie po marcu, to będziemy przedłużać to wsparcie.

Wolałbym, żeby cena poszła do góry, ale musimy brać pod uwagę różne warianty.

Rolnicy domagają się także uzdrowienia systemu ubezpieczeń. Od lat mają problemy z ubezpieczeniem upraw, np. przed skutkami suszy. Twierdzą, że na ich polisach najwięcej zarabiają towarzystwa ubezpieczeniowe. Czy to się wreszcie może zmienić?

Przygotowaliśmy nowe rozwiązania dotyczące ubezpieczeń upraw i zwierząt gospodarskich. Zależy nam na kompleksowym systemie ubezpieczeń, który obejmie także suszę. Będziemy promować ubezpieczenia kompleksowe.

65 proc. składki będzie pokrywać budżet państwa. System ma się opierać na zasadach towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Wykupiliśmy TUW i będziemy dawać takie oferty, do których - mam nadzieję - inne firmy się dostosują.

Pieniędzy wystarczy. Na tegoroczne dopłaty do polis zabezpieczyliśmy 1,5 mld złotych, w rezerwie jest ok. 3 mld złotych. Akcja ubezpieczeń ruszy pewnie w połowie marca.

Pracujemy jeszcze nad stawkami. Będą szkolenia dla agentów ubezpieczeniowych i dla osób, które zajmą się szacowaniem szkód. Chcemy, by szacowaniem zajęli się głównie pracownicy ośrodków doradztwa rolniczego.

Czy to znaczy, że na pola powrócą komisje szacujące straty? Wcześniej była mowa o wykorzystaniu np. dronów, systemu teledetekcji.

Jeśli chodzi o szacowanie szkód po suszy, to wykorzystywana będzie aplikacja plus teledetekcja. W przypadku pozostałych ryzyk typu powódź, gradobicie, deszcz nawalny, oceną zajmą się rzeczoznawcy. Chcemy przeszkolić pracowników ODR-ów, by to oni byli rzeczoznawcami.

To oznacza, że pracownikom ODR-ów przybędzie dodatkowych obowiązków. Nie zniechęci ich to?

Gdy podczas spotkania w Zachodniopomorskiem powiedziałem o tych dodatkowych obowiązkach pracownikom ODR-u, to spojrzeli na mnie dziwnym wzrokiem. Kiedy dodałem, że chodzi o pracę za dodatkowym wynagrodzeniem, to nie było problemu.

Także od dawna mówi się o Funduszu Gwarancyjnym. Mógłby być ratunkiem dla gospodarzy, którzy nie otrzymali zapłaty za plony, padli ofiarą oszustów... Rolnicy chętnie by się do niego dorzucali, podobnie jak do funduszy promocji. Czy jest szansa, że powstanie?
Rzeczywiście, o tym funduszu jest mowa od wielu lat. Jeśli będzie taka wola rolników, to nie ma problemu - możemy go stworzyć.

Protestujący rolnicy zwracają uwagę na trudną walkę z ASF-em, bo z realizacją odstrzału sanitarnego w niektórych województwach nie jest dobrze.

Pomoże zmiana Prawa łowieckiego, w którym można zapisać, że za niewykonanie celu redukcyjnego grozić będzie utrata obwodu łowieckiego.

Ale myśliwi twierdzą, że dzików brakuje. Niektórzy dodają, iż przez odstrzały sanitarne, z realizacją rocznych planów łowieckich mają jeszcze większe problemy.

Żeby to zweryfikować obiektywnie, potrzebne są odpowiednie narzędzia. I nie chodzi mi o weryfikację liczby odstrzelonych dzików, tylko tego, ile ich rzeczywiście pozostało. To jest bardzo ważne!

Z Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych przygotowujemy takie narzędzia. To są zaawansowane drony z kamerami termowizyjnymi. Widziałem jak to działa, jestem bardzo zadowolony z efektów, ale na razie jest to tylko prototyp. Do wiosny powstanie ich jeszcze kilka.

W przyszłym sezonie będzie można z tych narzędzi skorzystać, już po wejściu w życie zmian ustawy Prawo łowieckie. Jednak nie zapominajmy, że w walce z ASF-em ważna jest bioasekuracja.

O zasadach bioasekuracji rolnicy wiedzą znacznie więcej niż kiedyś. A jak jest w praktyce?

Do listopada minionego roku było bardzo kiepsko. Zaledwie kilka procent rolników miało plany bioasekuracyjne. W listopadzie i grudniu pracownicy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dzwonili do gospodarzy, którzy mają trzodę chlewną. Przypominali o tych planach, ODR-y je wykonywały (wielkie słowa uznania dla doradców!), weterynaria je weryfikowała (na szczeblu powiatowym). Dzięki temu na koniec grudnia doszliśmy do poziomu ponad 90 procent gospodarstw z planami bioasekuracyjnymi!

Rolnicy wiedzą więcej i być może efektem jest to, że od 17 grudnia nie mieliśmy przypadków ASF-u w hodowli (wywiad powstał w połowie lutego - przyp. red.).

A co można zrobić, żeby wszystkie zakłady przetwórcze zachowywały się jak należy i kupowały zdrowe świnie także ze stref czerwonych? Wszak takie problemy już występowały.

Mam nadzieję, że te problemy już się nie powtórzą. Jest ponad 90 zakładów przetwórczych, które współpracują z Agencją Rezerw Strategicznych. Zadeklarowały, że będą skupować w tych strefach po cenach rynkowych i to się potwierdza. Mają gwarancję, że Agencja Rezerw Strategicznych odbierze od nich ten towar, który wymaga trochę innej obróbki.

Każdy powiatowy lekarz weterynarii ma listę tych zakładów i jeśli gdzieś trafi się ognisko, to można się dowiedzieć, gdzie znajduje się taki najbliższy zakład. I już od grudnia problemu z tym nie ma.

To działa. A gdyby się zdarzyły jakieś nieprawidłowości, np. skup w strefach po 2 złote za kilogram żywca, to proszę o sygnały.

Rolnicy sygnalizują, że do Polski wjeżdża bardzo dużo wieprzowiny z Europy Zachodniej. Nasz rynek zalewa bardzo tanie mięso z krajów, które mają problemy z ASF-em. W tej sytuacji naszym producentom trudno jest konkurować. Liczą, że ministerstwo pomoże zatrzymać tani import. Co można zrobić?

Granic nie zamkniemy. Tym bardziej że jesteśmy ogromnym eksporterem żywności netto! Wzmożone kontrole jakości importowanych towarów - to jedyne, co możemy w tej sytuacji zrobić. Niestety przetwórstwo mięsne nie jest nasze, zostało sprzedane znacznie wcześniej. Stąd wielki ból rolników.

W przetwórstwie mleka jest znacznie lepiej, bo spółdzielnie są także własnością gospodarzy. Nawet jeżeli dostawca otrzyma mniej za mleko, to później dostanie dywidendę albo premię. Zatem bierze udział w podziale zysków. W przetwórstwie mięsnym tego nie ma.

Ale nasze, polskie - bo z udziałem Skarbu Państwa - są na przykład zakłady produkujące nawozy. Rolnicy rozumieją, że gaz bardzo podrożał, więc wyprodukowanie ich kosztuje znacznie więcej, ale dlaczego po drodze ich cena tak bardzo rośnie? Gospodarze twierdzą, że na problemach z gazem najwięcej zarobili dilerzy nawozów.

Od dawna funkcjonował taki system sprzedaży nawozów, przez dilerów.

Podobno niektórzy dilerzy wstrzymali sprzedaż na wiele miesięcy, okłamywali klientów, że nie ma towaru, a teraz sprzedają nawozy nawet z 2020 roku! Grupy producenckie, które mogłyby kupić więcej tego towaru, przez wiele lat próbowały porozumieć się z zakładami. O zmianę systemu sprzedaży nawozów zabiegało już kilku ministrów rolnictwa: Krzysztof Jurgiel, Jan Krzysztof Ardanowski, Wojciech Mojzesowicz.

To już zostało zmienione. Na początku listopada spotkałem się z przedstawicielami Grupy Azoty i oni uruchomili sprzedaż bezpośrednią poprzez swoją spółkę handlową Agrochem.

To sprzedaż detaliczna?

Nie, w ten sposób można kupić co najmniej 24 tony. Ceny są niższe niż u dilerów, do których możemy tylko zaapelować, by nie przesadzali z marżami.

Będziemy starali się nadal pomagać rolnikom, szczególnie teraz, w okresie wzmożonych zakupów nawozów. Dlatego chcemy zaangażować w tę pomoc Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa.

A wysokie ceny gazu sprawiły, że w czwartym kwartale minionego roku zakłady nawozowe odnotowały nawet drobne straty. Żeby pomóc rolnikom, wystąpiliśmy do Komisji Europejskiej o zgodę na dopłaty do nawozów.

Wielu rolników jest sceptycznie nastawionych do decyzji zapadających w Brukseli. Mówią, że od urzędniczego biurka do pola droga jest daleka i dlatego niektóre problemy stają się niezauważalne. A co się stanie, jeśli Komisja Europejska nie zaakceptuje naszego Planu Strategicznego?

Zobaczymy, jakie będzie podejście do naszych założeń. Zamierzamy twardo trzymać się własnego zdania, dla dobra polskiego rolnictwa!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Henryk Kowalczyk: Będziemy twardo trzymać się planu, nie grozi nam głód. Wywiad z ministrem rolnictwa. - Strefa Agro

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Tygodnik Ostrołęcki
Dodaj ogłoszenie