Głupota, śmierć, ból i wyrzuty sumienia

Jarosław Sender
"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" - słowa¬mi z wiersza ks. Jana Twardowskiego proboszcz parafii w Krasnem rozpoczął pogrzeb Ilony. Z bólem zaznaczył, jak bardzo te słowa są trafne w przy¬padku tej śmierci. Ilona nie dożyła siedemnastu lat.

Na te słowa z kościoła wy¬chodzi słaniając się zapłakana kobieta w czerni. To matka Asi, najlepszej przyjaciółki Ilo¬ny. Asia została pochowana dzień wcześniej, na cmentarzu w Węgrzynowie. Bo tam leży jej ojciec. Spoczęła w jednym z nim grobie. Wczoraj także, z kościoła w Krasnem ten sam tłum, który dzisiaj żegnał Ilo¬nę, odprowadzał na cmentarz Sylwię, jej drugą koleżankę. Dzieli je zaledwie kilka gro¬bów. Wciąż są blisko. Tyle, że na cmentarzu. I może w za¬światach.

Bolesne odchodzenie w ciszy

- Asia, Ilona, Sylwia - nastolatki z Krasińca zginęły w tragicznym wypadku o świcie w niedzielę, 9 sierpnia (o szczegółach tego makabrycznego wypadku informowaliśmy przed tygodniem - red.). Wstawało właśnie słońce, około czwartej nad ranem, gdy samochód, którym jechały ściął z pobocza za krzyżówkami w Krasnem betonowy słup. To był ostatni wschód słońca Sylwii, Asi i Ilony.

Chodziły do jednej klasy. W gimnazjum w Krasińcu i w technikum gastronomicznym w Makowie. Na wszystkich żałobnych mszach byli dyrektorzy szkół i wychowawcy z Krasińca i Makowa. Wiele koleżanek i kolegów. Wszyscy z białymi różami. Jasne trumny, białe różane groby. Taki kres wieku niewinności. Tragiczny, przedwczesny koniec pielgrzymki przez życie - jak powiedział proboszcz w słowie do wiernych. Bolesne odchodzenie w ciszy. Ksiądz konwencjonalnie pociesza najbliższych - słowami o łączeniu się w bólu i rozpaczy, o zwątpieniu i nadziei na spotkania w tym szczęśliwszym wymiarze. Bo co innego poza otuchą płynącą ze wspólnej wiary można w takiej tragedii powiedzieć...?

Ale proboszcz także upominał i ostrzegał. Bo jednak nie sposób było przemilczeć nieroztropności i nierozwagi, jakie tej tragedii towarzyszyły. Ksiądz apelował do rozsądku i odpowiedzialności, do szacunku dla życia własnego i życia innych.

- Pan Bóg dał rozum, musimy się nim kierować, by uniknąć niepotrzebnych tragedii - napominał słusznie.

Koszmar o brzasku

W sierpniową sobotę Sylwia, Asia, Ilona i jej starsza o cztery lata siostra Agnieszka, wybrały się na potańcówkę do pobliskiego Wężowa. Nie była to wielka dyskoteka. Ot, zwykła wiejska zabawa, jaką od czasu do czasu skrzykuje tamtejsza młodzież w klubie nad remizą strażacką.

- Bo co innego oni tutaj mogą robić - mówi sołtys wsi - mają jeździć gdzieś dalej na wielkie dyskoteki, to mogą się i tutaj pobawić. Na pewno jest spokojniej i bezpieczniej.

Dziewczyny z Krasińca bawiły się na zabawie z chłopakami z gruduskiej gminy - Grzegorzem, Andrzejem i Dominikiem. Znały się z nimi wcześniej, jak mówi jedna z koleżanek. Po zabawie, nad ranem - wedle ustaleń policji - samochodem marki BMW 520, będącym własnością rodziców Dominika, chłopcy pojechali z dziewczętami do Krasińca. Być może z zamiarem odwiezienia ich do domów. O tej porze nastolatki powinny od dawna bezpiecznie spać w swoich łóżkach. Jednakże po krótkim postoju na parkingu zawrócili w stronę Wężewa. Po co? Nie wiadomo. Zabawa już się skończyła.

- Po drugiej jakoś - twierdzi żona sołtysa wsi. - Nasze dzieci też tam się bawiły, były w domu wpół do trzeciej.

Faktem jest, że "beemka" z siedmiorgiem pasażerów (wbrew przepisom) wyrwała na drogę.

- Około czwartej nad ranem wstałem akurat, by napić się wody. Przy okazji zakurzyłem, bo nałogowiec jestem, niestety. Gdy wracałem do łóżka usłyszałem gwałtowny zgrzyt żwiru na naszych krzyżówkach - wspomina tę straszną noc Piotr, mieszkaniec Krasnego, pierwszy świadek tragedii. - Zanim pomyślałem, co będzie dalej, dopadł mnie wielki huk i zobaczyłem wielki kurz. Wyskoczyłem z domu, jak stałem. Gdy dobiegłem, jakiś młody człowiek już wzywał policję. Najpierw wydawało mi się, że to dwa samochody się zderzyły. Potem zobaczyłem, że to jeden, złamany po prostu na pół. Słup betonowy, dopiero co postawiony do oświetlenia zakrętu też był złamany. Jakaż musiała być siła tego uderzenia. Dookoła rozrzucone były ciała ludzi. Takich bardzo młodych ludzi… Jestem stary żołnierz, ale to był koszmarny widok!

Świadek tragedii pokazuje: tuż za przystankiem, obok betonowego kosza na śmieci leżał młody chłopak. Już nie żył. Po przeciwnej stronie ulicy trzy dziewczyny. Musiało je wyrzucić z samochodu impetem uderzenia w słup. Dwie nie żyły, trzecia jeszcze oddychała. Żyła też czwarta dziewczyna w samochodzie. I dwóch chłopaków. Jeden chodził zakrwawiony i jęczał z bólu. Drugi przez telefon krzyczał na policję, że nie ma jej na miejscu.

- A przecież policja to nie Duch Święty, nie objawi się natychmiast - mówi Piotr. - Policja przyjechała szybko, po 18 minutach. Szybciej się nie dało do Krasnego z Przasnysza czy z Makowa. Karetki pogotowia też. I straż z Krasnego od razu była na miejscu. Bardzo dużo pomogła. Tę dziewczynę z samochodu przez dach musieli wycinać.

Policja - wbrew informacjom internetowym, jakoby dziewczęta wracały piechotą z Wężewa do domu i zostały potrącone przez BMW - zakłada, na podstawie dotychczasowych zeznań i rekonstrukcji faktów, że jednak wszyscy młodzi ludzie tłoczyli się w samochodzie. Do jednoznacznego ustalenia pozostawała kwestia, kto siedział za kierownicą. Dominik, do ojca którego należał samochód, twierdził, że to nie on prowadził samochód. Miał 0,8 promila alkoholu we krwi, jak wykazały badania alkomatem.

- Po sekcjach zwłok w dziewięćdziesięciu procentach możemy potwierdzić tę wersję - informuje Tomasz Łysiak, zastępca komendanta policji w Przasnyszu, która prowadzi dochodzenie w tej sprawie. Pewność będziemy mieć po zbadaniu poduszki powietrznej. Prawdziwą wersję mogliby też potwierdzić inni świadkowie, którzy przeżyli wypadek. Ale Agnieszka wciąż walczy o życie przasnyskim szpitalu, Andrzej też pozostaje w nie najlepszej kondycji. Ustalenie, kto prowadził samochód, życia nikomu nie zwróci, bo odpowiedzialność za tę tragedię jest wspólna. I to nie tylko tych, którzy siedzieli w BMW.

Tragiczny brak wyobraźni

- O niczym innym u nas się nie mówi. To straszne nieszczęście dla rodzin - mówią dwie nastolatki siedzące naprzeciwko szkoły w Krasińcu. - Nie możemy się z tym nieszczęściem pozbierać. Chodziłyśmy do gimnazjum z Asią, Iloną i Sylwią. One były młodsze trochę od nas. My teraz uczymy się w Przasnyszu. One chodziły do szkoły w Makowie. Ale tutaj, we wsi się spotykałyśmy. Jak wszyscy. Fajne dziewczyny… - słowo "były" jakoś nie może dawnym koleżankom przejść przez gardło.

Na zabawie w pobliskim Wężewie w sobotę nie były.

- Nie chodzimy na takie zabawy - stwierdzają krótko nastolatki.

Koleżanki z obecnej klasy Sylwii, Asi i Ilony w makowskim Zespole Szkół im. Armii Krajowej nie chcą rozmawiać. To dla nich zbyt wielkie przeżycie. Tak twierdzą.

Podczas pogrzebu Ilony rozmawiam z młodymi ludźmi. Chłopcy i dziewczyny z białymi różami. Są też oficjalne delegacje ze szkół.

- Tragedia - mówią koledzy z Zespołu Szkół w Makowie. - Trudno sobie to wszystko wyobrazić.

Wszystkie dziewczęta znali ze szkoły w Krasińcu. Bawili się na wspólnych podwórkach. Ale w szkole średniej najbardziej przyjaźnili się z Sylwią. Bo Asia i Ilona trzymały się bardziej razem. A Sylwia ze wszystkimi ze starej szkoły.

- Znałyśmy się prawie od urodzenia - mówi Karolina. - Wycho¬wywałyśmy się w tym samym bloku. Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Sylwia była zawsze taka radosna. W sobotę gadałyśmy. Zastanawiała się, czy jechać na tę zabawę. Czy może gdzie indziej…

- Mówiła, że zaraz koniec wakacji, potem nie będzie czasu, bo szkoła - dodaje inna koleżanka Sylwii.

- Kiedy się dowiedziałam o wypadku, nie mogłam wsiąść do samochodu, choć miałam tego dnia jechać do babci. Bałam się - wyznaje Karolina.

- Tyle śmierci powinno być przestrogą - mówią koledzy Sylwii, choć sami nie mają jeszcze prawa jazdy.

- Wyszła z domu w sobotę. Chciała się pobawić trochę. I nie wróciła. Nie potrafię w to uwierzyć - łka w kościele, na pogrzebie Ilony mama Asi. Najmłodsza córka z drugiego małżeństwa była dla niej podporą na co dzień. Pozostałe dzieci założyły rodziny.

- Zostałyśmy z Asią same. Dobrze nam było, bo to była dobra dziewczyna - mówi matka.

Wyrzuty sumienia

- Straszne to dla nas wszystkich. Jestem w szoku, z którego nie mogę się otrząsnąć. To przecież trzy uczennice z mojej klasy - mówi wychowawczyni, Małgorzata Wróblewska. - Nie potrafię sobie wyobrazić, że zabraknie wesołej, wiecznie gadającej Sylwii. Że nie będzie tych nierozłączek - Asi i Ilony. Sympatyczne dziewczyny były. Mam nadzieję, że ta tragedia moich uczniów natchnie refleksją o rozwadze, odpowiedzialności.

To samo mówi dyrektor Zespołu Szkół w Krasińcu, Dariusz Wiśniewski.

- To nie były dziewczyny, które kusiły los. Miały normalnie poukładane w głowach. Niezłe uczennice, niezłe sportsmenki w naszej szkole. Zostawiły dobre wspomnienia - zapewnia.

- Niestety, nie możemy zapewnić bezpieczeństwa naszym uczniom poza szkołą - ubolewa Dariusz Milewski, wicedyrektor Zespołu Szkół im. Armii Krajowej, gdzie uczyły się dziewczyny. - To jest jednak przede wszystkim troska rodzinnego domu. Czy szesnastolatki nie powinny być w łóżkach o czwartej nad ranem?

Andrzej Rutkowski, ksiądz prefekt z Krasnego dwa lata uczył je katechezy.

- Sylwia była tak radosna. Nosiła w sobie tyle optymizmu i energii. Zawsze w imieniu klasy zagadywała mnie, by choć kawałek lekcji urwać - wspomina ksiądz z uśmiechem. - Wszystkie miały przed sobą wiele perspektyw, tyle nadziei. Mogły tyle rzeczy w życiu zrobić. Jak to wszystko dziś pochować? - pyta ze smutkiem. - Nie bardzo wiem, jak uczyć dziś młodych roztropności. Mam wrażenie, że oni nas, starszych, w ogóle nie słuchają.

Opowiada przypadek z własnego życia. Jako młody wikary, gdzieś na drugim końcu Polski wiózł dzieci na rekolekcje, które sam miał prowadzić. Była zima, ślizgawica. Uderzył samochodem w drzewo.

- Na szczęście jechałem bardzo wolno. Nikomu nic się nie stało. Ale do dziś noszę w sobie przerażający lęk, co bym powiedział rodzicom, gdyby ucierpiało którekolwiek dziecko? Jak spojrzałbym im w oczy? I sobie przede wszystkim. Mam wrażenie, że dzisiaj młodym ludziom brakuje wyobraźni, by sobie taką odpowiedzialność uzmysłowić. To pewna ułomność, bo człowiek z wyobraźnią potrafi się bać, więc potrafi przewidywać.

Wciąż nie wiadomo na sto procent, kto prowadził samochód. Może Grzegorz, który zginął? Nie powinno to zwolnić od wyrzutów sumienia tych, którzy przeżyli, którzy zezwolili, którzy dopuścili. Byli tam w końcu wszyscy, z własnej, głupiej, nieprzymuszonej woli...

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie