Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Dziesięć godzin strachu

Jacek Pawłowski
Wydarzenia z wtorkowego wieczoru relacjonowała nam rodzina Dąbrowskich i sąsiedzi: pierwszy z lewej ojciec poszkodowanego dziecka Józef Dąbrowski, w głębi Stanisław Koprek, z prawej Agnieszka Mersch
Wydarzenia z wtorkowego wieczoru relacjonowała nam rodzina Dąbrowskich i sąsiedzi: pierwszy z lewej ojciec poszkodowanego dziecka Józef Dąbrowski, w głębi Stanisław Koprek, z prawej Agnieszka Mersch A. Wołosz
Wolkowe, gmina Myszyniec. Typowa kurpiowska wieś na północy powiatu ostrołęckiego. Gospodarstwa nieregularnie porozrzucane wśród lasów i pól. Jedno z takich położonych samotnie siedlisk to gospodarstwo rodziny Dąbrowskich. Tu we wtorek 16 września po południu pies zębami wyszarpał część twarzy pięcioletniemu Zbyszkowi.

- Byliśmy sami w domu - opowiada 16-letnia siostra Zbyszka Ania. - Mama była na wywiadówce w szkole, a tata w Niemczech. Tamten pies był wtedy uwiązany na łańcuchu. Zbyszek chyba podszedł, żeby go pogłaskać. Pies rzucił się na niego i przewrócił. Usłyszałam że Zbyszek strasznie płacze i zobaczyłam jak drugi pies odciąga tego, który pogryzł. Nie wiedziałam co mam robić. Zbyszek miał całą lewą stronę twarzy strasznie pokaleczoną, przecięty policzek, ucho było niewidoczne bo tak się lała krew. Głowę z tyłu też miał poprzecinaną.
Pierwsze, co siostrze przyszło na myśl, to zadzwonić po pogotowie.
- Tam zgłosiła się pani - opowiada Ania Dąbrowska. - Ja zaczęłam mówić, że jest pilny wypadek, że pies pogryzł dziecko, podałam adres, a ona odłożyła słuchawkę. Później jeszcze ze trzy razy dzwoniłam, a ona cały czas odkładała słuchawkę. Nie wiedziałam co robić i zaczęłam dzwonić do sąsiada. Powiedziałam niech szybko przyjeżdżają bo tak się stało.
Stanisław Koprek tego popołudnia pracował u szwagra.
- Gdy tylko usłyszałem, co się stało, natychmiast tam pojechałem - opowiada. - Wziąłem chłopca na ręce, wsadziłem w samochód i pojechaliśmy do ośrodka zdrowia w Myszyńcu. Tam opatrzyli dziecko, wsadzili do karetki i na sygnale pojechali do Ostrołęki.
Wprawdzie poszkodowany chłopiec z rodziną musieli poczekać aż kierowca skończy myć karetkę, ale był to tylko przedsmak tego, co czekało ich w kolejnych szpitalach.
Z matką dziecka nie udało się nam porozmawiać. Zszokowana wciąż czuwała przy dziecku w Dziekanowie Leśnym. O dalszych losach pogryzionego przez psa Zbyszka Dąbrowskiego, dowiedzieliśmy się od jego ciotki Agnieszki Mersch.
- Byłam akurat w szpitalu, bo moja mama w nim leży - opowiada Agnieszka Mersch. - Siostra zadzwoniła na mój telefon komórkowy, żebym szybko pobiegła do szpitala zobaczyła co się stało. Mogła być 19.15. Przy tym okienku, jak się wchodzi do szpitala, zapytałam czy jest takie dziecko przywiezione z Myszyńca pogryzione przez psa. Przy tym okienku oprócz rejestratorki była lekarka. Wychyliła głowę przez okienko do mnie i pyta: "a kim pani jest?" Zapytała takim tonem, że ja po prostu zaniemówiłam. Powiedziałam, że jestem ciocią i czuję się w obowiązku być tam. Ona na to tylko powiedziała, że dziecko jest z matką na izbie przyjęć, ale wejść tam nie pozwoliła. W końcu, po wykorzystaniu tzw. dojść, udało mi się tam wejść. Dziecko było opatrzone, ale krew wyciekała przez opatrunek. Leżało w drzwiach, właściwie w przeciągu, bez ubranka, przykryte jakimś prześcieradełkiem. Bratowa niepokoiła się bardzo, mówiła że czeka już tyle czasu, że ta pani doktor zapewniła, że dostaną karetkę. Nic się jednak nie działo.
Dziecko musiało zostać przewiezione do szpitala do Ciechanowa, ponieważ w Ostrołęce nie ma oddziału chirurgii dziecięcej.
Agnieszka Mersch twierdzi, że jej bratowa, czyli matka Zbyszka, była tak roztrzęsiona, że nie mogła się o cokolwiek upomnieć. Mersch poszła więc szukać dyżurującej lekarki. Jak twierdzi, znalazła ją w pokoju pijącą kawę i oglądającą telewizję.
- Ta pani doktor znowu zapytała kim ja jestem dla dziecka i po prostu odsunęła mnie od rozmowy - mówi ciotka pogryzionego. - Ja wciąż dopytywałam kiedy będzie ta karetka. Pani doktor na to wyrzuciła mnie za drzwi mówiąc, że nie jestem żadną rodziną dziecka. Do mojej bratowej takim wyniosłym tonem powiedziała, że stan dziecka jest stabilny, że dziecku się nic nie dzieje, ma zrobiony opatrunek i czeka na karetkę. Podobno trzeba było tak długo czekać na karetkę, bo była w terenie.
Karetka przyjechała ok. 20.30. O 21.00 wyruszyła ze Zbyszkiem Dąbrowskim do Ciechanowa. Z dzieckiem pojechała matka i ciotka Agnieszka Mersch.
- Lekarka dyżurująca w szpitalu nie pozwoliła mi towarzyszyć roztrzęsionej bratowej. Dopiero uprosiłam doktora jadącego karetką - mówi.
W Ciechanowie okazało się, że dziecko nie może zostać w tamtejszym szpitalu. Obrażenia były zbyt poważne.
- Laryngolog i chirurg otworzyli opatrunek - nadal relacjonuje Agnieszka Mersch. - Dziecko straszliwie płakało. Jeden z doktorów powiedział "proszę pani, to przekracza nasze możliwości, nie jesteśmy w stanie tego zrobić". Do doktora który jechał karetką, ten lekarz powiedział: "o której wy przywieźliście to dziecko? Co wy robiliście do tej pory?!" Lekarz z Ciechanowa był bardzo poruszony tą sytuacją. Potem znowu zwrócił się do nas: "Ja mogę go zszyć, bo to potrafię, ale przecież przed tym dzieckiem jest całe życie. Tu trzeba zrobić rekonstrukcję czaszki".
Lekarz z Ciechanowa zaczął dzwonić po specjalistycznych szpitalach. W końcu zadecydował, że Zbyszka należy zawieźć do Dziekanowa Leśnego. Według relacji Agnieszki Mersch, nie nastąpiło to od razu, bo kilkanaście minut trwały targi, czy powinna jechać karetka z Ciechanowa czy z Ostrołęki. W końcu pojechała z Ostrołęki.
W szpitalu w Dziekanowie, też nie bez problemów, ale udało się jednak położyć dziecko. Była druga w nocy. Operacja Zbyszka Dąbrowskiego trwała od 2.30 do 6.30 rano. Od pogryzienia dziecka przez psa do rozpoczęcia operacji minęło ponad dziesięć godzin. Czy musiało do tego dojść? Czy nie można było wcześniej udzielić pomocy? Kto za to odpowiada?
Okazuje się, że odpowiedzialnych nie ma. W sprawie Zbyszka zapadła wśród lekarzy charakterystyczna dla tego środowiska zmowa milczenia.
Doktor Truszewski, chirurg z Ciechanowa, do którego przywieziono Zbyszka odmawia wypowiedzi na temat związku między długim czasem oczekiwania o możliwością udzielenia pomocy dziecku.
- Bez zgody matki nie mogę udzielać takich informacji - mówi. - Nie będę w to wnikał, bo też jestem w niezręcznej sytuacji.
- Czy dlatego, że lekarz na innego lekarza nigdy nie powie nic złego? - zapytaliśmy.
- Nie mówię, że to jest jakaś straszna solidarność zawodowa, ale staramy się nie komentować i nie wchodzić w takie sprawy. Jak są wątpliwości, trzeba je wyjaśnić na drodze formalnej.
- To powiedzmy, że nie jest to ten konkretny, ale abstrakcyjny przypadek. Czy jeżeli tak mocno pies pogryzie dziecko, to w udzieleniu pomocy liczy się czas?
- Trudne i podchwytliwe pytanie mi pan zadał.
- Trudne tak, podchwytliwe nie.
- [Chwila zastanowienia] W każdej sytuacji liczy się czas, nawet przy zapaleniu wyrostka. Aczkolwiek nie wszystko zależy od czasu. Czynników jest mnóstwo. Nie można uogólniać. Wie pan, zróbmy w ten sposób, że wszystko było dobrze, że wszystko było jak należy, bo naprawdę liczy się dobro dziecka i wszystko z tym dzieckiem jest obecnie w porządku.
Ordynator oddziału chirurgii dziecięcej w szpitalu w Dziekanowie Leśnym Jan Gruchalski tylko pośrednio przyznaje, że dziecku należało pomóc znacznie wcześniej niż po dziesięciu godzinach.
- Pomoc zawsze powinna być udzielona najszybciej jak to możliwe - stwierdza doktor Gruchalski. - U nas dziecko przeszło operację. Jego stan jest stabilny i na razie nic mu nie zagraża.
Lekarze z Ciechanowa i z Dziekanowa, choć bardzo oględnie i ogólnikowo, przyznają że pomoc mogła nadejść wcześniej. Dlaczego nie nadeszła? Dlaczego dyspozytorka ostrołęckiego pogotowia rzucała słuchawką? Dlaczego w szpitalu Zbyszek Dąbrowski czekał cztery godziny?
Z oświadczenia przesłanego redakcji TO przez dyrektora Meditransu Ostrołęka (firmy świadczącej usługi pogotowia ratunkowego - przyp. red.) Lecha Wołczuka wynika, że dyspozytorka pogotowia, odbierając sygnał z Wolkowych, nie rozumiała o co chodzi. Wszystkie rozmowy przychodzące do pogotowia są nagrywane. Z odtworzonych nagrań wynika, że sygnał o pogryzieniu dziecka przez psa nie dal się zrozumieć. Głos telefonującej dziewczynki zagłuszały krzyki w tle, przerywały również dźwięki wciskanych klawiszy w aparacie. W dodatku między 15.00 a 17.00 we wtorek 16 września większość telefonów na alarmowy numer 999 była fałszywymi sygnałami od zabawiających się dzieci. Ostrołęckie pogotowie, mimo że wciąż tego żąda od Telekomunikacji Polskiej, nie ma możliwości zidentyfikowania numerów przychodzących rozmów.
Pismo dyrektora Mediransu nie rozwiewa jednak wątpliwości, dlaczego dyspozytorka pogotowia nie rozumiejąc o co chodzi, odkładała słuchawkę nie dopytując o szczegóły. Wszczęte w Meditransie postępowanie wyjaśniające ustaliło, że w sprawie pogryzienia dziecka telefonowano dwa razy, tymczasem Anna Dąbrowska twierdzi, że czterokrotnie telefonowała na pogotowie.
Według dyrektora Meditransu Zbyszek trafił do szpitala o 17.05, wyjechał o 21.00. Dlaczego musiał tak długo czekać?
Dyżurująca tego dnia w szpitalu doktor Maria Boruch odmawia wypowiedzi.
- W tej sprawie proszę się kontaktować z dyrektorem szpitala - powiedziała tylko.
Dyrektor Wojciech Miazga zastrzega, że zna sprawę tylko z dokumentacji medycznej. Wynika, z niej, że dziecko zostało przywiezione do szpitala o godz. 17.15 a wyjechało do Ciechanowa o 20.30. Czyli przyjechało później niż twierdzi pogotowie, a wyjechało wcześniej niż pamięta rodzina.
- Dziecko w szpitalu zostało opatrzone i podłączono mu dożylną kroplówkę. Oczekiwało na przewiezienie do Ciechanowa, bo tam przekazano sprawę i umówiono przewiezienie pacjenta - relacjonuje doktor Miazga. - Zgadzam się, że mogło czekać krócej niż trzy godziny, ale karetka tego dnia akurat wracała z Warszawy. Meditrans, który transportuje chorych, wyszedł z założenia, że można było poczekać. Moim zdaniem można było czekać krócej.
- Nie można było czekać krócej - twierdzi dyrektor ds. medycznych Meditransu Robert Gadek. - Mamy tyle karetek ile mamy. Narodowy Fundusz Zdrowia nie chciał zakontraktować więcej usług.
Na zastrzeżenia rodziny, co do zachowania się lekarki dyrektor Wojciech Miazga odpowiada.
- Oglądanie telewizji i picie kawy nie jest przedmiotem dokumentacji medycznej. Nie wiem jak było naprawdę bo nie znajdowałem się na miejscu, ale chyba jak czeka się tyle czasu, to wolno wypić kawę - pyta retorycznie dyrektor szpitala i dodaje. - Szpital nie uchyla się od odpowiedzialności. Rodzina może złożyć skargę do dyrektora szpitala i ja wówczas przeprowadzę postępowanie wyjaśniające. Może też rodzina dochodzić swoich praw na zewnątrz, czy to u rzecznika odpowiedzialności zawodowej czy przed sądami powszechnymi. Wszędzie ludzie popełniają błędy.
Rodzina Dąbrowskich jest zdeterminowana. Zapowiadają, że jak tylko dziecko wyzdrowieje, będą dochodzić sprawiedliwości.
Pies trafił na obserwację do Myszyńca. Nie wiadomo czy był wściekły.
Twarz dziecka będzie trwale oszpecona. Do końca życia.

*

Z wypowiedzi lekarzy i dyrektora pogotowia wynika, że przy Zbyszku Dąbrowskim wszyscy należycie wypełniali swoje obowiązki. Jednak mimo, że nie mają oni sobie nic do zarzucenia, bezsprzecznym faktem pozostaje, że histeryzujące z bólu dziecko z wyrwaną przez psa połową twarzy i stale przesiąkającym krwią opatrunkiem, dziesięć godzin czekało na operację. Niezależnie od tego czy zawinili ludzie, czy system, z pewnością tak być nie powinno.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki