MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Dzień Niepodległości w Ostrołęce

Archiwum rodzinne
Władysława i Stanisław Załuskowie tuż po ślubie, 4 stycznia 1920 roku. W głębi świadek ich ślubu Władysław Nosek
Władysława i Stanisław Załuskowie tuż po ślubie, 4 stycznia 1920 roku. W głębi świadek ich ślubu Władysław Nosek Archiwum rodzinne
Zdzisław Załuska znany ostrołęcki księgarz, przyniósł do redakcji fragmenty wspomnień spisanych przez jego ojca Stanisława. Wspomnienia zajmują pięć opasłych brulionów i zawierają zapiski sporządzone w latach, kiedy ich autor odszedł z aktywnego życia zawodowego. Pan Zdzisław dla naszych czytelników wybrał fragmenty dotyczące wspomnień ojca z pierwszych dni niepodległości.

Stanisław Załuska w czasie I wojny światowej prowadził gospodarstwo w Zamościu k. Ostrołęki i był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, tajnej organizacji niepodległościowej. Kiedy 11 listopada 1918 roku niemieccy okupanci opuszczali ziemię polską, opuszczali też Ostrołękę. Akcją rozbrajania Niemców oraz utrzymania porządku w mieście kierowała POW. Rankiem 11 listopada niemieccy oficerowie i żołnierze szli na odległy o ponad pięć kilometrów dworzec kolejowy. W mieście i w drodze na stację rozbrajali ich także członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej i nie zorganizowani starsi i młodzież. Tylko oddział niemieckiej piechoty stacjonujący w Wojciechowicach w liczbie około 700 osób nie dał się łatwo rozbroić. Od tymczasowego Komitetu Powiatowego żądał gwarancji bezpiecznego przemarszu do granicy z bronią w ręku, grożąc, że złamanie gwarancji będzie powodem zniszczenia wszystkich budynków w mieście i na długości całego ok. 45-kilometrowego szlaku. Wreszcie odszedł, część broni zabierając, a część pozostawiając.
Tak wygląda Dzień Niepodległości w przekazie historyka Zofii Niedziałkowskiej (Ostrołęka. Dzieje miasta.). Dla Stanisława Załuski były to godziny i dni pełne emocji i zadziwień. Posłuchajmy jego opowieści.

Na punkt zborny wyruszyłem o świcie

... Zadowolony, że mam czynną broń i dobrą amunicję wszedłem z karabinem na strych obory, przebrałem się w odzież wyjściową, przygotowałem niewielki pakuneczek z bielizną zapasową i już nie kładąc się spać, w napięciu oczekiwałem na zjawienie się gońca - przynoszącego rozkaz mobilizacyjny. Zjawił się on dopiero o świcie, a ja miałem według instrukcji alarmować do stawiennictwa i wymarszu dwóch pozostałych członków naszej organizacji zamieszkałych w Zamościu.
Punkt zborny i dołączenie się maszerujących peowiaków z Rabęd wyznaczony został na krzyżówkach dróg w Zamościu: szosa Ostrołęka-Czerwin i Troszyn-Drwęcz, godzina 5.00 rano.
Tuż przed tą godziną, na dworze robiło się już prawie widno, zszedłem na podwórze, założyłem na rękaw kurtki opaskę biało-czerwoną, pożegnałem w myślach mą Mateńkę kochaną i siostry, obrzuciłem ciepłym, żegnającym wzrokiem całe obejście gospodarskie, zarzuciłem karabin na ramię i przeżegnawszy się, ruszyłem marszowym krokiem na punkt zborny. Myślą pożegnałem także Władę (przyszłą żonę - przyp. red.).
Po krótkim oczekiwaniu na punkcie spostrzegłem na szosie od Rabęd dwie sylwetki raźno zbliżające się w moim kierunku ze zwisającymi na ramionach karabinami. Byli to Władysław Nosek, zastępca komendanta naszej placówki i peowiak Czesław Konarzewski. Po przywitaniu się naszym przyjętym w POW jak w Legionach "Czołem obywatelu" - Wł. Nosek zarządził marsz w kierunku Ostrołęki na wyznaczony punkt koncentracyjny.
Mijając stację kolejową Ostrołęka zauważyliśmy, że zamarł na niej wszelki ruch. Na całym dużym obszarze stacji nie widać było ani jednego kolejarza przy jakiejkolwiek czynności.
Nasz marsz odbył się aż do samego miasta bez żadnych zakłóceń, czy wydarzeń. Przy końcowym wylocie ulicy, zwanej wówczas Ostrowską, napotkaliśmy łącznika naszej komendy peowiackiej, który miał za zadanie informować zdążających do Ostrołęki członków z kierunku południowo-wschodniego o miejscu koncentracji POW w mieście.
Okazało się, iż wyznaczono na ten cel szpital powiatowy, dokąd i my mamy maszerować. Ów łącznik poinformował nas także, iż po terenie miasta bez żadnego niebezpieczeństwa można się już poruszać nawet z bronią w ręku, bo żandarmi niemieccy, wszyscy urzędnicy i funkcjonariusze, chyba już dzień wcześniej, w pośpiechu opuścili swe placówki wyjeżdżając, czym kto mógł do Prus Wschodnich, bo tam im było najbliżej do "faterlandu" z Ostrołęki. Natomiast teren Ostrołęki nie jest jeszcze wolny od niemieckiego wojska. W garnizonie w Wojciechowicach kwateruje bowiem dość liczny batalion saperów z licznym sprzętem i podobno dobrze uzbrojony. Co się z tą jednostką zrobi i kiedy opuści ona garnizon, by odjechać do Niemiec, tego już nie wie.
W Ostrołęce na ulicach był ożywiony ruch, jakiś świąteczny, radosny, że oto przychodzi wolność dla narodu po długim mroku niewoli i okupacji. Ludność żydowska była tym wszystkim zdziwiona, nie orientując się na razie, co się wydarzyło, dlaczego nie ma już Niemców. Sklepiki ich, jak i kilka zaledwie sklepów polskich, było otwarte. Już próbowano handlować różnymi artykułami, chociaż w okresie okupacji sklepy były bardzo mizernie zaopatrzone.
Wkrótce znaleźliśmy się na tym dużym wewnętrznym dziedzińcu szpitalnym. Tam był już komendant naszej placówki Stanisław Damięcki, którego z Janoch podwiózł furmanką pod miasto jego brat, więc znacznie wcześniej znalazł się na miejscu zbiórki.
Dowiedzieliśmy się od Damięckiego, że na rozkaz mobilizacyjny dotychczas stawiło się około stu peowiaków, najwięcej z miejscowości położonych blisko Ostrołęki, osobliwie ze wsi Goworki i że tymczasowo naszym komendantem został mianowany kolega Kubis z Gowork.
Utworzona została dla Ostrołęki i okolicy Straż Obywatelska jako zaczątek mającej organizować się policji państwowej, której komendantem jest niejaki Wiśniewski, b. oficer z armii rosyjskiej.
On także objął całość komendy nad zabezpieczeniem porządku w mieście oraz ochroną budynków i znajdującego się wewnątrz wszelkiego mienia pozostałego po okupancie, tudzież niewielkich zapasów żywności w magazynach na zaopatrzenie funkcjonariuszy administracji niemieckiej. Ludność bowiem, ta z niższej warstwy, zaczęła już roznosić i rozkradać z otwartych budynków to wszystko, co jej wpadło w rękę, czemu natychmiast trzeba było położyć kres stawiając wszędzie posterunki, w punktach ważniejszych z bronią w ręku nawet.
Ponieważ szpital miał stosunkowo dobrze zaopatrzony magazyn żywnościowy tudzież urządzenie dość duże do gotowania posiłków z bardzo obszernym lokalem kuchennym, tutaj wyznaczono zaopatrzenie wyżywieniowe dla zmobilizowanych członków POW pochodzących spoza Ostrołęki.
Natychmiast po śniadaniu komendant naszej placówki zaprowadził nas na komendę warty, gdzie każdy z peowiaków stawiający się z własnym karabinem obowiązany był oddać go za pokwitowaniem wyznaczonemu zbrojmistrzowi wraz z posiadaną amunicją. Broń przydzielana była przez komendę warty tylko podczas służby. Bez specjalnego zezwolenia na prawo noszenia karabinu po mieście nie wolno było poruszać się z nim, by nie doszło gdzieś do niebacznego użycia w sposób samowolny i nieopatrzny, do zakłócenia porządku publicznego lub nawet jakiegoś niebezpiecznego wypadku postrzelenia kogoś. W ówczesnej sytuacji wcale nie było trudno, gdy młodych, niedojrzałych jeszcze niektórych ludzi ponosiła fantazja z racji odzyskanej przed kilku zaledwie godzinami wolności lub chęci wyżycia.

Ochraniałem mienie państwowe

Na wartowni zostałem wyznaczony przez komendanta warty na pierwszy posterunek zabezpieczający do budynku mieszczącego za czasów carskich biuro naczelnika powiatu, a za okupacji niemieckiej landrata na powiat ostrołęcki. Dostałem nowy karabin systemu "Mauser" oraz pięć naboi do niego wraz z przepustką na czasowe posiadanie go w okresie warty. Zostałem poinstruowany, czego mam strzec i że do lokalu mam nie wpuszczać nikogo obcego, kto nie będzie ku temu upoważniony i nie zna hasła wartowniczego.
No i stanąłem na tym posterunku dumny, że oto ochraniam mienie państwowe, gmach urzędu, w którym już za kilka dni zacznie urzędować władza polska, która zapewne nazwana będzie w myśl historycznych naszych tradycji - starostwem. Wewnątrz po izbach i pokoikach walało się po podłodze dużo rozrzuconych papierków z akt niemieckich, które niepotrzebne już okupantowi pozostawione zostały na poniewierkę. W szafach było trochę akt w całości nienaruszonych. No i sporo dosyć przyzwoitego sprzętu biurowego: krzeseł, biurek, stołów itp., które posłużą do naszego, polskiego już urzędowania. W zadumie nad koleinami losu naszej państwowości polskiej krążyłem po tym dosyć obszernym lokalu z parteru na piętro przez nikogo nie niepokojony. Nieuczciwi grasanci za wszelką zdobyczą, wiedząc, że przy wszystkich gmachach i instytucjach publicznych zaciągnięte zostały już warty ochronne, zaniechali grabieży bojąc się odpowiedzialności za plądrowanie.
Na noc postawiono mnie na warcie do ochrony budynku pocztowego i znajdujących się tam urządzeń osobliwie cennej szczególnie centrali telefonicznej nieuszkodzonej... mieszczącej się na pierwszym piętrze budynku. By móc się wewnątrz lokalu swobodniej poruszać przydzielono mi kilka świec do użytku i pudełko zapałek.
... Na kwaterze po powrocie dowiedziałem się od innych kolegów o ważnych i radosnych wydarzeniach (było to 11 listopada 1918 r.), które już zdołały dotrzeć do Ostrołęki, że wczoraj tj. 10 listopada więziony przez Niemców brygadier Józef Piłsudski został wypuszczony z twierdzy magdeburskiej i z honorem przewieziony specjalnym pociągiem do Warszawy.
Zawiązek organizującej się służby bezpieczeństwa, to jest policji państwowej, zwerbował kilku rzemieślników - ślusarzy, by niezwłocznie przystąpili do dorabiania kluczy do zamków w budynkach urzędów i instytucji publicznych... Tam zaś, gdzie zamki były uszkodzone lub w ogóle wyłamane, by wstawili nowe zamki.
Zaczęto werbować kandydatów do poszczególnych ogniw urzędów mających tworzyć polskie władze powiatowe z osób, które pracowały nielicznie wprawdzie w urzędach tutejszych za okupanta niemieckiego lub osób, które zatrudnione były jeszcze za czasów carskich. Słowem ludzi obeznanych z biurowością, wymiarem sprawiedliwości a osobliwie z wymiarem podatków.
Sekretarzem Sądu Pokoju - jak ten wymiar sprawiedliwości w miastach powiatowych był wówczas zwany - był zapalony peowiak, kolega Mieczkowski. I on to właśnie zajął się najenergiczniej organizacją sądu w Ostrołęce, który najwcześniej wznowił swoją czynność jako już instytucja całkowicie polska.

Na saperów wezwano posiłki z Komorowa

Tymczasem zaś, ów niemiecki batalion saperów jeszcze nadal kwaterował w Wojciechowicach i wysłanej do jego dowództwa naszej delegacji z ramienia komendy POW z wezwaniem o złożenie broni i swobodny wyjazd do Niemiec, odmawiał w ogóle pertraktacji na ten temat żądając swobodnego wymarszu z bronią i sprzętem wszelkim na stacje kolejową Ostrołęka. Tam, bowiem ma się zjawić po cały batalion zamówiony z terenu Prus Wschodnich pociąg towarowy by odtransportować go za polską granicę.
Na zaszantażowanie i zmuszenie komendy batalionu do rozmów pertraktacyjnych z Polakami o złożenie broni znalazła się jednak rada. Jak wiadomo, gdy Legiony Piłsudskiego zmuszone były w roku 1916 składać przysięgę wierności walczącym Niemcom, I brygada odmówiła złożenia takiej przysięgi, więc została rozbrojona i internowana. Część jednostek z dalszych brygad taką przysięgę złożyła. Z nich to Niemcy zorganizowali tak zwany Polski Korpus Pomocniczy, używając to wojsko do służb wewnętrznych w okupowanym kraju. Spora taka jednostka w polskich mundurach, z orłem polskim na czapkach, kwaterowała w garnizonie wojskowym Komorowo - Ostrów. Z dowództwem tego garnizonu komenda nasza nawiązała łączność, prosząc o czasowe odkomenderowanie jednej silnej i dobrze uzbrojonej kompanii piechoty do Ostrołęki, aby zagrozić saperom walką z nimi, o ile nadal odmawiać będą złożenia broni.
Rychło podrzucono do stacji Ostrołęka transportem kolejowym rzeczoną kompanię, która raźno przymaszerowała do miasta, zatrzymując się na kwaterach prywatnych, a jej dowódca z naszym komendantem POW natychmiast udali się do komendy saperów w Wojciechowicach na pertraktacje. Niemcy nadal, nawet z oficerem polskim, nie chcieli pertraktować twierdząc, że wyjadą z terenu ziem polskich jako jednostka bojowa z bronią w ręku i całym taborem. Dopiero, gdy im zagrożono, że będą do złożenia broni zmuszeni siłą i gdy goniec dowódcy naszej piechoty spowodował wprowadzenie do akcji całej kompanii, która w szyku rozwiniętym tyralierą zaczęła otaczać Wojciechowice i w pobliżu osiedla okopywać się, Szwaby, wiedząc, że to nie przelewki, że może dojść do walki, w której niejeden z nich może polec. Zgodzili się w końcu na rozmowę.
Niemcy w przewidywaniu, iż w czasie ich przemarszu przez Ostrołękę na stację kolejową ze strony ludności może dojść do jakiejś wrogiej manifestacji przeciwko nim nie tylko w okrzykach, ale nawet obrzucania błotem i kamieniami, na co żołnierze, mimo wydanego im rozkazu niereagowania na podobne zaczepki, czując obrazę godności munduru - mogą zareagować w stosunku do ludności, co spowodowałoby zamieszanie w ich honorowym opuszczeniu ziemi polskiej, zażądali dla batalionu swego rodzaju eskorty.

Jak Niemca rozbrajałem

Do tej eskorty odkomenderowana została znaczna grupa peowiaków, w której szczęśliwie i ja się znalazłem.
Gdy batalion wkroczył do Ostrołęki, orkiestra zaczęła grać marsza wojskowego. Ludność tłumnie wyległa przed domy na trasie przemarszu i przyglądała się z uczuciem radości na twarzach, że wreszcie pozbywa się znienawidzonego wroga. Przyglądali się temu przemarszowi i Żydkowie, których wielu miała Ostrołęka (około 40 proc. wszystkich mieszkańców miasta), lecz ci bynajmniej nie objawiali swojego zadowolenia z odejścia Niemców.
Żołnierze niemieccy przybywszy przed rampę załadunkową, z której znaczna ilość miała poprzypinane na mundurach czerwone kokardki na znak solidarności z socjalistycznym przewrotem w Niemczech, w przeważającej części wyzbyli się swoich karabinów, ustawiwszy je lojalnie w kozły, kładąc przy nich ładownice z amunicją. Byli jednak i tacy, którzy dobrowolnie oddać ich nie chcieli i trzeba było siłą wydzierać je im z rąk, szamotać się i przyzywać pomocy któregoś z peowiaków, gdy żołnierz okazał się mocny fizycznie i zbyt patriotycznie nastawionym Szwabem.
Miałem osobiście do czynienia z jednym takim żołnierzem sfanatyzowanym, który jak mogłem to zrozumieć klął po niemiecku, wykrzykiwał ile sił, że on cztery lata wojował na wszystkich frontach i teraz swój karabin ma oddać polskiemu cywilowi, cywil ma go rozbroić, by splamić jego mundur żołnierski! Gdy ująłem za karabin, by go żołnierzowi zabrać i miałem niemal już we własnych rękach, ten brutalnie wyrwał mi go z rąk i z całej siły uderzył nim na plask o kamienie, którymi wybrukowana była rampa. Rzecz zrozumiała, iż ten karabin był tak poważnie rozbity, że już nie nadawał się do użytku. W końcu ów żołnierz zapłakał jak skrzywdzone dziecko, rzucił czapką o bruk, podniósł ją i z wielkim krzykiem udał się w kierunku pociągu niemieckiego.
Następne dwa dni jeszcze, tak jak i inni peowiacy pełniłem służbę wartowniczą przy wyznaczonych obiektach publicznych. A kiedy uformowały się już kadry zaczątkowe policji, komenda POW zarządziła odprawę dla swych członków, na której komendant podziękował wszystkim członkom za wykonanie rozkazu mobilizacyjnego i wypełnienie zadań, jakie zostały nam postawione w tych tak ważnych chwilach wyzwalającej się z pęt niewoli ojczyzny. Spełniwszy patriotyczny obowiązek jesteśmy już od służby wolni i możemy wracać do domu do swoich codziennych zajęć. Jednak odradzająca się Polska na gwałt musi organizować wojsko do walki o zajęty przez Ukraińców Lwów do zabezpieczenia nieustalonych jeszcze naszych granic wschodnich.
Dlatego też, komu miła jest ojczyzna, może natychmiast zarejestrować się i wstąpić do wojska na ochotnika. Oczywiście, bez namysłu zarejestrowałem się.
StanisŁaw ZaŁuska

*

Stanisław Załuska urodził się w 1897 roku w Zamościu k. Ostrołęki. W czasie I wojny światowej prowadził gospodarstwo rolne, jako peowiak został powołany w listopadzie 1918 roku do służby, po czym zgłosił się do wojska na ochotnika i służył do 1921 roku w służbie sanitarnej okręgowego szpitala wojskowego w Warszawie. Ukończył dwie klasy szkoły handlowej w Warszawie. Po powrocie w rodzinne strony został sekretarzem gminy w Piskach, potem w gminie Myszyniec a od 1933 roku był sekretarzem w Goworowie aż do wojny. W Goworowie przez jedną kadencję łączył tę funkcję ze sprawowaniem urzędu wójta. Po wojnie został sekretarzem Zarządu Miasta w Ostrołęce i kierownikiem wydziału organizacyjnego. W 1951 roku zmuszony do odejścia z pracy z przyczyn politycznych, miał kłopoty ze znalezieniem nowego zatrudnienia a potem uzyskaniem emerytury. Zmarł w 1982 r.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki