MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Dziecko z reklamówki

Kasia Makowska
Dziewczynka znaleziona w reklamówce z położną Magdą Kacprzak
Dziewczynka znaleziona w reklamówce z położną Magdą Kacprzak Fot. A. Suchcicka
Dziewczynka miała kilka godzin, kiedy znaleziono ją w plastikowej reklamówce. Leżała na wycieraczce przed mieszkaniem w bloku

Pani Ania tego dnia późno wróciła z pracy. Była zmęczona i zdenerwowana chorobą wnuczki. Zamknęła za sobą drzwi mieszkania na pierwszym piętrze w bloku przy ulicy Bukowej w Przasnyszu i zaczęła się krzątać po domu. Około godz. 22.00 usłyszała płacz dziecka. Weszła do przedpokoju. Zaczęła nasłuchiwać. Płacz narastał, wyraźnie dochodził z klatki z schodowej. Pani Ania otworzyła drzwi i wyjrzała. Nic nie zauważyła, ale niemowlęcy płacz zrobił się donośniejszy. Pani Ania zeszła z pierwszego piętra na parter i zobaczyła na wycieraczce u sąsiadki pękatą reklamówkę. Z niej dochodziło kwilenie dziecka.
Kobieta niechętnie rozmawia o znalezionym noworodku.
- Nie mogę jeszcze po tym wszystkim dojść do siebie. Sam widok tego dziecka w reklamówce tak mną wstrząsnął. Cieszę się, że dziewczynka jest zdrowa, ale nie chcę o tym mówić. Jestem zadowolona, że je uratowałam, że dziecko żyje i jest zdrowe, ale nie chcę więcej problemów - wyjaśnia kobieta i dodaje, że chętnie odwiedziłaby małą dziewczynkę w szpitalu, ale nie ma na to czasu. - Pracuję do późna, a potem jestem zajęta swoją wnuczką, która choruje. Nie mogę ruszyć się z domu, ale przyznam, że jestem ciekawa, jak niemowlę wygląda.
Mieszkanka Bukowej nie chce rozgłosu.
- Jestem po zawale, znerwicowana i mam już dosyć rozmów z policją. Nie chcę, by wszyscy wiedzieli kto znalazł niemowlę, zaraz zaczną się niekończące pytania - argumentowała kobieta niechęć do rozmów z prasą.
Jej sąsiadka z parteru, właścicielka wycieraczki, na której pozostawiono dziecko, niczego nie widziała i nie słyszała płaczu, bo spała. - Teraz każdy przychodzi z pracy, zamyka drzwi, okna zasłania i nic nie widzi i nic nie słyszy - komentuje pani Ania.

Kim jest matka

Kim była matka i co ją sprowokowało do tak dramatycznego czynu? - zastanawiają się ludzie w Przasnyszu. Wieść o niecodziennym znalezisku rozeszła się błyskawicznie po mieście, niektórzy przeczytali o noworodku w reklamówce w naszym "Tygodniku".
- A może to była jakaś przejezdna? - zastanawia się starszy pan.
- Czemu nie przyjechała urodzić jak człowiek - pyta ochroniarz przasnyskiego szpitala i opowiada, jak Ormianka rodziła na schodach szpitala.
- Może to młoda dziewczyna, która bała się przynieść rodzicom wstyd? I pewno niepotrzebnie, bo wszystkie dziadki na wnuków otwierają serca - rozmyśla miejska urzędniczka.
- Ludzie snują różne domysły, ale nic z tego nie wynika - kwituje klientka Biedronki.
Nic o matce nie wie także przasnyska policja.
- Nadal szukamy matki i osób, które by coś na ten temat wiedziały. Na razie nie wiemy nawet czy była to mieszkanka naszego miasta - powiedział nam 28 października Tomasz Łysiak, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Przasnyszu. - Prowadzimy dochodzenie w kierunku świadomego porzucenia dziecka i świadomego narażenia go na utratę zdrowia. Czyn ten podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech.
Maleństwo zostało znalezione 22 października około godz. 22.00. Do bloków przy Bukowej nietrudno się dostać, bo wejść do klatek schodowych nie bronią domofony. Wiadomo tylko, że matka zanim podrzuciła dziecko, zawiązała pępowinę w supełek i ciepło ubrała noworodka. Potem włożyła je do reklamówki i podrzuciła w miejsce, w którym są ludzie.
- Kiedy dziecko płaczem powiadomiło o swoim istnieniu, na wezwanie kobiety, która je znalazła, na ulicę Bukową przyjechała policja i pogotowie. Dziecko było lekko wychłodzone, ale nie zagrażało mu żadne niebezpieczeństwo - uważa Tomasz Łysiak. Pracownicy pogotowia zabrali niemowlę do szpitala.

Szok poporodowy czy świadoma decyzja

Odwiedziliśmy je w poniedziałek 27 października. Dziewczynkę w kolorowych śpioszkach personel nazywa Julicią albo pieszczotliwie - Pinezka. Podczas naszej wizyty Julcia słodka spała i nie zakłóciły jej snu nawet błyski lampy aparatu fotograficznego. O stanie zdrowia niemowlęcia rozmawialiśmy z Ewą Gałecką, ordynator oddziału dziecięcego szpitala w Przasnyszu.
- Dziecko było wychłodzone, ale w stanie ogólnym dobrym - stwierdziła doktor. Jej zdaniem, w momencie znalezienia, miało zaledwie kilka godzin, bo w pępowinie zawiązanej na supełek była jeszcze świeża krew. Supełek świadczy też, że dziecko nie urodziło się w szpitalu. Profesjonaliści podwiązanie pępowiny wykonują specjalnymi opinakami. Dziecko było donoszone, ale niedożywione - ważyło tylko 2,2 kg.
- Według fachowców, matki w szoku poporodowym robią różne dziwne rzeczy, ale w tym przypadku sądzę, że była to przemyślana decyzja - twierdzi Gałecka. - Aczkolwiek trudno coś powiedzieć, bo w okresie połogu, czyli do sześciu tygodni po porodzie, z matką mogą się dziać różne rzeczy.
Doktor Gałecka nie słyszała, aby ktoś, próbował się dowiadywać o stan zdrowia dziecka. Ale wiele rodzin jest zainteresowanych wzięciem niemowlęcia na wychowanie.
- Nie można jednak przyjść i wziąć dziecka, wszystko musi być najpierw uregulowane prawnie. Jeśli matka rodzi na oddziale w szpitalu i zrzeka się swoich praw, to sprawa jest bardzo prosta i dziecko może od razu trafić do rodziny adopcyjnej. Natomiast, gdy nie znamy rodziców dziecka, procedura trwa znacznie dłużej - wyjaśnia doktor Gałecka.

Matce można pomóc

Niektóre kobiety nie zdają sobie sprawy z możliwości legalnego zrzeczenia się praw do dziecka i uciekają ze szpitala, zacierając za sobą ślady. Takie działanie skazuje dziecko na wielomiesięczny pobyt w placówce opiekuńczej - do czasu ustalenia personaliów i miejsca pobytu matki.
W Przasnyszu zdarzało się, że matki zrzekały się swoich dzieci, ale o podrzutkach nikt nie słyszał.
- Wszyscy są zszokowani, myśleliśmy, że w naszym mieście takie rzeczy nie mogą się wydarzyć - mówi doktor Gałecka. - Przypominam sobie podobny przypadek, ale to było bardzo dawno, jeszcze w starym szpitalu. Ale szczegółów nie pamiętam - dodaje Jerzy Sadowski, dyrektor przasnyskiego szpitala
Natomiast przasnyskie instytucje opiekuńcze deklarują, że gdyby matka do nich się zgłosiła, na pewno otrzymałaby pomoc.
- Jeśli ta kobieta by się zgłosiła, natychmiast zostałby umieszczona w Domu Samotnej Matki w Makowie Mazowieckim albo w Turowie - podkreśla Joanna Cieślik dyrektor MOPS w Przasnyszu. - Mamy samochód i gdyby była taka potrzeba, natychmiast zostałaby odwieziona do któregoś z tych ośrodków. Nie byłoby żadnego problemu.

Julcia pójdzie do rodziny zastępczej

Jak nas poinformował Marek Radomski, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Przasnyszu, Julcia już w poniedziałek 3 listopada będzie u nowych rodziców.
- Właśnie przed chwilą otrzymaliśmy decyzję sądu w Przasnyszu - powiedział nam w piątkowe popołudnie dyrektor PCPR. - Na mocy postanowienia sądu dziewczynka trafi do rodziny zastępczej pełniącej rolę pogotowia opiekuńczego. Rozważamy umieszczenie jej, albo w rodzinie w naszym powiecie, albo w ciechanowskim. Prawdopodobnie będzie to jednak rodzina ciechanowska, gdyż nasze rodzinne pogotowie opiekuńcze ma już piątkę podopiecznych.
Obecnie w powiecie przasnyskim funkcjonuje 51 rodzin zastępczych (w tym jedna pełniąca rolę pogotowia opiekuńczego w miejscowości Drążdżewo Nowe) w których przebywa 76 dzieci.

Kasia Makowska

Julia Katarzyna Makowska tak sąd nazwał dziewczynkę-noworodka znalezioną w zeszłym roku 17 maja w bloku przy ulicy Ciechanowskiej w Makowie Maz. Dziecko leżało w kartonie. Znalazła je Kasia Kozicka, kiedy chciała wstawić rower do piwnicy. Dla niespełna osiemnastoletniej makowianki było to przeżycie, która zapamięta do końca życia. Dziecko znalezione w kartonie trafiło do szpitala w Makowie a stamtąd po dwudziestu dniach zostało przekazane do pogotowia rodzinnego w Ulaskach. W Ulaskach jest rodzina zastępcza, do której co roku trafiają dwa, trzy noworodki. Nie są to "podrzutki" ale dzieci, których matki zrzekły się ich lub z rodzin w których rodzice mają ograniczoną władzę rodzicielską.
Kiedy mała Kasia była w rodzinie w Ulaskach, trwało dochodzenie, które miało ustalić, kto jest matką dziecka oraz wszystkie procedury prawne, m.in. sąd nadał imię i nazwisko Katarzyna Julia Makowska znalezionej dziewczynce. Kim była matka - do dziś nie wiadomo a po czterech miesiącach, 10 października dziecko zostało zaadoptowane i nosi teraz zupełnie inne nazwisko.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki