Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Byłem dziewiątym dzieckiem

Bolesław Białczak
Bolesław Białczak mieszka w Przystani. Był leśnikiem w Nadleśnictwie Ostrołęka, w 1989 roku odszedł na emeryturę. Pan Bolesław ma siedmioro wnuków i dla nich spisał wspomnienia ze swojego dzieciństwa i drugiej wojny światowej. Wykorzystał w nich zapiski z dziennika, który prowadził przez całą wojnę.

Wspomnienia, które zatytułował "Sellowskie wzgórza" przyniósł do naszej redakcji, wydały nam się na tyle interesujące, że postanowiliśmy opublikować kilka fragmentów pamiętnika.
Urodziłem się dnia 17 marca 1924 we wsi Witowy Most (dzisiaj gmina Baranowo - przyp. red.) jako dziewiąte dziecko w rodzinie. Zapamiętane najwcześniej zdarzenie mego życia, to jak wojsko przechodziło przez naszą wieś i to dużo wojska, i były też ciągnione kuchnie polowe. A ja byłem trzymany na ręku przez siostrę Zofię. Jak się dużo później dowiedziałem, to zdarzenie było w lecie 1926 roku, w czasie manewrów wojskowych na tych terenach, a ja wówczas miałem 2,5 roku życia.
Następne zdarzenie, które już dobrze zapamiętałem, miało miejsce w kościele w Baranowie w 1928 roku. Wówczas przyjechał do Baranowa prezydent Ignacy Mościcki i był wprowadzony do kościoła przez dziewczyny, które dookoła niego niosły wianek z kwiatów. Natomiast mnie moja matka wprowadziła na schody wiodące na ambonę, skąd mi pokazywała prezydenta i całą uroczystość.

* * *

Parafia w Baranowie była założona około 1780 roku i wtedy pobudowano kościół, który po pewnym czasie spłonął. Następny kościół drewniany postawiono na miejscu poprzedniego, dookoła którego był jednocześnie cmentarz. Obecny kościół murowany był pobudowany w latach 1908-1914. W latach 1863-69 proboszczem w parafii Baranowo był ksiądz Rzeszotarski. Był on jednym z organizatorów powstania styczniowego na tutejszym terenie. Po upadku powstania nadal prowadził robotę konspiracyjną wśród miejscowej ludności. Ostrzeżony przed ekspedycją carską, która miała go aresztować, zażył sam truciznę i uniknął szubienicy. Kozacy przyjechali już po jego śmierci. Przez kilkanaście lat przed rokiem 1891 był proboszczem ksiądz Nowowiejski. Pozostał w pamięci parafian ze swego zdzierstwa opłat za śluby, pogrzeby i dziesięciny pobieranej na wszelkie sposoby. Pierwszy cielak od krowy, baran lub świniak musiał iść dla księdza. Cielaka lub barana oprowadzano dookoła kościoła i oddawano księdzu, bo inaczej groziła kara piekła. A u proboszcza zawsze pełno było gości. W wakacje nawet do 20 osób bratanków, siostrzanków i innych, których ksiądz utrzymywał i opłacał szkoły. W niedzielę zawsze kobiety ustawiały się szpalerem od plebanii do kościoła, a proboszcz idąc na mszę, szedł tym utworzonym chodnikiem, rozłożył ręce na boki a wszystkie kobiety całowały go po łapach. Taka była wówczas wiara.
Lecz w roku 1891 wreszcie proboszcza wymienili. Do parafii Baranowo przyszedł ksiądz o nazwisku Tumos z pochodzenia Litwin od Wilna. Za powstanie był ponad dwadzieścia lat w katordze na Syberii. Po zwolnieniu szedł z Syberii pieszo. Nosił długą białą brodę. Opowiadał czasem ludziom o syberyjskiej katordze, gdzie chodził zakuty w łańcuchu. Zmarł i został pochowany na cmentarzu w Baranowie. Był tu proboszczem w latach 1891-1902. Nieraz ojciec pokazywał mi jego grób na cmentarzu i opowiadał o nim. Otóż on po objęciu parafii w pierwszą niedzielę szedł z plebanii do kościoła, a kobiety przywykłe poprzednio do zwyczaju, rzuciły się do niego całować mu ręce. On zaś nie wiedząc co one chcą, wyszarpał ręce z ich objęć, pytając o przyczynę tego zamieszania? A usłyszawszy, że chcą go całować w ręce, zdenerwowany krzyknął: - ,,Idźcie płot całować, ja jestem taki sam człowiek grzeszny jak i wy". Tak też od tej niedzieli zanikł zwyczaj całowania księdza w rękę. Gdy przywieźli gospodarze pierwszy raz cielaki jako dziesięcinę na kościół, spytał zdziwiony: "co to za targ robią przed plebanią?" Jak mu wyjaśnili, że jest to ofiara dla proboszcza na kościół, to on odrzekł: ,,Czy to ja jestem Żyd albo rabin, żebym cielaki zarzynał?" ,,Weź swojego cielaka, sprzedaj go i kup żonie i dzieciom buty, żeby boso po śniegu nie chodziły. A mnie to wystarczy na moje potrzeby i chleb codzienny, to co mi dacie na tacę w niedzielę. Nie trzeba mi tu waszych cielaków, baranów, kogutów!" Wtedy dopiero skończyła się dziesięcina w parafii Baranowo. To było tak niedawno, a już minęło sto lat.

* * *

Pamiętam też pewną sprawę kiedy miałem 4-5 lat, gdy było wesele w sąsiedniej wsi Zasanicy, w drugim końcu tej wioski. Dorosłe rodzeństwo zaproszone, poszli na wesele. Natomiast ja nudziłem się w domu z rodzicami. Przyszła mi wtedy jakaś myśl, że i ja pójdę na wesele. Nikt mi wtedy nie wytłumaczył, że dzieci i nie zaproszeni na wesela nie chodzą. A że była wtedy niedziela i byłem względnie ubrany, poszedłem sobie drogą szukać wesela. Na początku sąsiedniej wsi jakiś starszy chłopiec, Czesiek Ścięgaj, powiedział mi gdzie jest wesele, więc poszedłem dalej. Była pełna konsternacja mych braci, gdy się tam zjawiłem. Ostatecznie dostałem szklankę piwa, bułkę i odprawili mnie z powrotem do domu.
Inne przykre zdarzenie zapamiętałem kiedy miałem jakieś cztery lata. Wiosennego poranka przyszedł do nas w sprawie Piotr Ścięgaj z Zasanicy, a za nim przybiegł jego duży pies, który został przed drzwiami ganku. Ja gdy wstałem rano z łóżka, w koszuli wyszedłem na dwór a tam ten pies rzucił się na mnie. Ja się przewróciłem i krzyk zamarł mi ze strachu w gardle. Psa odpędzili, ale mnie przez długi czas nie mogli wrócić głosu i mowy. Ten uraz pozostał mi na całe życie. Przy niewielkim zdenerwowaniu głos mi się zacinał i nie mogłem płynnie mówić. Dopiero w starszym wieku przez długie, głośne czytanie książek ta wada wymowy sporo się naprawiła.
Było wiele innych zdarzeń z dzieciństwa przykrych i wesołych. Przy tak licznych rodzinach jakie wtedy były, rodzice się specjalnie dziećmi nie przejmowali. Toteż ciągle się słyszało o pogrzebach małych dzieci. Była naturalna selekcja, przeżywały tylko silniejsze jednostki. Ja też chorowałem na odrę i czerwonkę, ale o lekarzu wtedy nikt nie słyszał. Zabawki to był piasek na górce, gdzieśmy budowali drogi, bramy zamki. Raz, gdym się bawił w piasku przy drodze, szedł jakiś pan przyzwoicie ubrany i zaczął ze mną rozmowę. Ja zaś chyba nie wyglądałem zbyt przyjemnie, bo ten pan między innymi pytał czy ja mam chałupkę do mieszkania.

* * *

Pamiętam też jak dorośli ludzie z wioski chodzili do wsi Amelin oglądać samolot, który wylądował na polu. Było to wiosną 1928 roku (lądowanie w Amelinie zdarzyło się naprawdę 4 stycznia 1931 r. O tym wydarzeniu pisaliśmy w TO w 1983 r. - przyp. red.). Jak się potem dowiedziałem, była to Angielka-pilotka samolotu, która leciała z Londynu do Warszawy. Zabłądziła i po skończeniu się paliwa w samolocie zmuszona była lądować na polu. Rozmówić się z nikim nie mogła, pomimo że zbiegło się mnóstwo ciekawych ludzi, bosych, brudnych, nieogolonych i byle jak ubranych od roboty z okolicznych wiosek. Dopiero ksiądz z Krasnosielca jakoś się z nią porozumiał i odpowiednio skierował. Pilotka ta po powrocie do Anglii opisała ten wypadek, zaznaczając, że otoczyli ją dzicy ludzie i miała obawy, żeby ją żywcem nie zjedli, co się stało przyczyną not dyplomatycznych.

* * *

Jesienią 1928 roku na polu matka i siostry kopały motykami ziemniaki. Ja natomiast przewracałem się chodząc koło nich po radlinach. W pewnej chwili wziąłem z koszyka kilka ziemniaków i wyszedłem obok na łąkę, gdzie chodziły spętane dwa konie i skubały trawę. Podszedłem do jednej klaczy na odległość paru metrów i rzucałem do niej ziemniaki, które ona zjadała. Po zjedzeniu ostatniego ziemniaka podniosła głowę i pędem skoczyła do mnie, przewracając mnie i kopytami przednimi, następnie tylnymi nastąpiła mi tuż przy głowie, zrywając mi z głowy czapkę i garść włosów. Dosłownie o centymetry minęły mnie kopyta konia, które zmiażdżyłyby mi twarz i głowę. Odtąd długi czas miałem lęk przed końmi.
W lecie 1929 roku przyjechała do naszej wioski siostra zakonna z USA do swojej matki w odwiedziny. Była tu kilka tygodni. Z moimi starszymi siostrami chodziła do lasu na jagody a ja z nimi. Przed odjazdem do USA proponowała mojej matce, że może mnie zabrać do Ameryki i zapewni mi wychowanie. Jednak pewnie spotkała się z odmową, gdyż nic z tego nie wyszło.

* * *

Ponieważ nie miałem kolegów w moim wieku, często chodziłem za starszymi chłopcami, a oni chcąc się mnie pozbyć czy też postraszyć, wrzucili mnie raz do głębokiego, pustego dołu po ziemniakach. Pomimo krzyku i płaczu przesiedziałem w tym dole do wieczora, aż ktoś mnie tam znalazł i wyciągnął. Pamiętam też wybory do Sejmu w roku 1930, na które poszedłem w towarzystwie matki. Głosowanie odbywało się w budynku tartaku w Jastrząbce. Przed ogrodzeniem tartaku kręcili się jacyś agenci, namawiając wyborców do głosowania na numer danej partii. Przed furtką ogrodzenia zebrała się gromadka niezdecydowanych kobiet i rozważała z jakim numerem wrzucić kartkę wyborczą do urny. Trwało to jakiś czas, poczem jedna z kobiet powiedziała, że ksiądz w kościele mówił żeby wrzucać kartki z numerem "4". Argument taki przeważył i wszystkie kobiety wzięły kartki nr 4 i wrzuciły do urny, przy czym, matkę ja wyręczyłem.

* * *

Gdy miałem 6 lat to już ciążył na mnie obowiązek pilnowania krów na pastwisku przy domu. A ponieważ od strony rowu z wodą ogrodzenie nie było szczelne, gdyż tylko były pozakładane drągi, a krowy często je łamały i wychodziły przez rów w zboże, więc raz próbując założyć złamany drąg, wpadłem do płynącej, głębokiej wody w tym rowie. Dopiero po kilkunastu metrach uchwyciłem się zwisających nad wodą gałęzi wierzby i się uratowałem.
Oceniając z perspektywy lat swoje dzieciństwo, to w porównaniu z dziećmi sąsiadów nie było ono gorsze od innych. Ponieważ wszystkie rodziny miały po 6-8 dzieci, a były jak rodzina Ścięgajów, gdzie było 13 dzieci i wszyscy się wychowali. Takie przypadki nie były odosobnione i tak w Jastrząbce w rodzinie Krajewskich było 8 chłopców i dziewczyny. Siódmego chłopca podobno podawał do chrztu prezydent Ignacy Mościcki.
Małymi dziećmi nikt się specjalnie na wsi nie zajmował. Dobrze było, gdy w rodzinie starczało chleba dla wszystkich. Nikt kobietom o dniach płodnych i kalendarzyku małżeńskim nie powiedział. Doktor Wisłocka jeszcze książek nie pisała, a książki Tadeusza Boya-Żeleńskiego, jak "Piekło kobiet" i inne, były może czytane po dworach i przez inteligencję w miastach. W bibliotekach parafialnych i szkolnych takich książek nie znalazł.
W okresach zimowych starsi bracia przynosili książki z biblioteki parafialnej od księdza w Baranowie i wieczorami głośno je czytali. Bardzo mnie one wkrótce zaciekawiły. Więc siedziałem cichutko wieczorami w kącie i słuchałem bojąc się, żeby mnie spać nie zapędzili. A były to książki "Ogniem i mieczem", jakaś powieść "Klimsok" o zbójcach góralskich i cała seria o wojnach napoleońskich.
Starsza siostra Helena chodziła w tym czasie do szkoły. Więc ja zacząłem podglądać jak ona się uczy. Liczyć to już wcześniej umiałem do dwudziestu. Ale raz kazano mi policzyć kartofle w koszyku. Więc policzyłem je do dwudziestu i następnie jeszcze dziesięć. Więc mówię, że jest dwadzieścia i dziesięć. Wzbudziło to śmiech dorosłych, ale też zaraz nauczyli mnie liczyć do stu. Siostra zaczęła mi pokazywać literki i cyfry, jak się nazywają i jak się je pisze. Nawet sam nie wiedziałem i w domu nie wiedzieli, kiedy nauczyłem się czytać, pisać i rachować. (dalszy ciąg za tydzień)

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki