MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Byle umieć przeczytać w książeczce litanię loretańską

Bolesław Białczak
Bolesław Białczak mieszka w Przystani. Był leśnikiem w Nadleśnictwie Ostrołęka, w 1989 roku odszedł na emeryturę. Pan Bolesław ma siedmioro wnuków i dla nich spisał wspomnienia ze swojego dzieciństwa i wojny na podstawie dziennika, który prowadził przez całą wojnę. Wspomnienia przyniósł do naszej redakcji. W zeszłym tygodniu opublikowaliśmy pierwszy odcinek wspomnień o dzieciństwie Bolesława Białczaka w Witowym Moście, dzisiaj pan Bolesław pisze o latach szkolnych.

Miałem siedem lat, kiedy siostra Helena zaprowadziła mnie 1 września 1931 roku pierwszy raz do szkoły. Szkoła była wtedy w Jastrząbce w wynajętych izbach u gospodarzy Stolarczyka i Sobiesiaka. Klasa mieściła się w jednej izbie, w której było ustawionych dziesięć lub więcej ławek czteroosobowych, stolik, krzesło dla nauczyciela oraz tablica na ścianie. Szkoła była czterooddziałowa. Obowiązek nauki dzieci był siedmioletni, dlatego w zasadzie każdy uczeń był przetrzymywany w każdej klasie dwa lata. Toteż klasy liczyły ponad 40 do 50 dzieci. Uczniowie z klas trzecich i czwartych chodzili na godzinę 8.00, natomiast z klas pierwszych i drugich na godzinę 11.00 lub 12.00.
W szkole uczyły dwie nauczycielki. Pani Przytocka - żona zawiadowcy stacji kolejowej i pani Wiera - panna. Wkładały one wszystkie swoje siły i energię w naukę dzieci, lecz społeczeństwo było na niskim poziomie kulturalnym, co widać było po zachowaniu dzieci, a zwłaszcza chłopców w szkole. Robili oni ciągle psoty, awantury i z nimi nauczycielki nie zawsze mogły sobie poradzić. Wezwania rodziców nie w każdym wypadku odnosiły skutek. Lecz wówczas na cztery wioski, z których dzieci chodziły do szkoły, tylko w naszej rodzinie ojciec stale prenumerował "Gazetę Świąteczną", był to tygodnik. Radia około roku 1933 nikt w okolicy nie miał. Nawet jeszcze w trzeciej klasie słyszałem od chłopców takie wypowiedzi: "po co do szkoły chodzić, jak się już umie przeczytać w książeczce litanię loretańską". A to przecież były odgłosy rozmów prowadzonych przez rodziców w domu.
*
W czasie dwóch miesięcy od rozpoczęcia roku szkolnego nauczycielka Wiera (zwana przez uczniów "Kądziałka" bo miała piękne, białe włosy) zachorowała i wkrótce w szpitalu zmarła. Na jej miejsce przyszedł nauczyciel pan Jan Karwowski - młody silny mężczyzna. Wkrótce były wyniki męskiej ręki. Za wybryki bił uczniów batem albo prętem wiklinowym, aż tyłki pękały. Pamiętam taki wypadek: pewnego dnia szedł do naszej pierwszej klasy i spotkał w pobliżu w zagajniku dwóch chłopców z drugiej klasy jak palili papierosy. Byli to Janek Sasin i Bolek Toryfter z Zasanicy. Przyprowadził ich do naszej klasy, kazał im uklęknąć w kącie, a po godzinie lekcyjnej myśmy wyszli z klasy, nauczyciel zamknął drzwi i każdemu wsypał po piętnaście batów na tyłek. Oj, było krzyku i płaczu, ale przykład podziałał. Były przypadki, że i ojców, którzy stawali w obronie synów, potrafił wyrzucić za drzwi i dołożyć kopniaka. Lecz nigdy przy uczniach nie zaklął i nie powiedział brzydkiego słowa. Chuligaństwo w szkole było energicznie tępione, co dało wkrótce pozytywne wyniki. Uczniom zakazano chodzić na zabawy dla dorosłych i było to surowo przestrzegane.
*
Na Nowy Rok była po raz pierwszy w szkole zorganizowana choinka. Były przy tym śpiewy, wiersze i tańce dzieci ze starszych klas, no i Mikołaj. Mikołajem był pan Legis - rządca majątku leśnego. Paczki dla dzieci zorganizowało Towarzystwo Dobroczynne z Przasnysza. Klasa w której była choinka zajmowała jedną izbę, a dzieci było na choince około 200, więc dzieci wyprowadzono na dwór, po czym pojedynczo klasami wchodziliśmy do środka, gdzie Mikołaj i nauczyciele dawali nam paczki o jednakowej zawartości, w których były cukierki, ciastka i orzechy. Byli też na choince dwaj chłopcy z Dłutówki z czwartej klasy, znani ze złego zachowania (Izerek i Białczak), którym Mikołaj zapowiedział, że jak się nie poprawią, to drugi raz przyjdzie i uwiąże ich na łańcuchu ze swymi psami. Na choinkę przyszło też wielu chłopców starszych, co już nie chodzili do szkoły. Toteż w drodze powrotnej do domu, niektórym z nas maluchów otrzymane ciastka lub cukierki poodbierali ci starsi.
W święto 3 Maja poszliśmy pieszo wszyscy uczniowie z nauczycielami do kościoła w Baranowie pierwszy raz, a następnie już stale chodziliśmy na początek i koniec roku szkolnego oraz w święta państwowe. W pierwszej klasie przechodziliśmy szczepienia ochronne przeciw ospie, na które też chodziliśmy pieszo do Baranowa.
*
Na koniec roku szkolnego otrzymałem promocję do drugiej klasy, co było pewnym wyróżnieniem, bo do jednej klasy chodziło się dwa lata, a niektórzy i trzy. Kolega ze wsi Janek Antośkiewicz został w pierwszej klasie na następny rok. Ponieważ jego starszy brat Józef chodził do pierwszej klasy trzy lata i na tym szkołę zakończył, więc Janka ojciec przeniósł go do szkoły w Grabówku. Do szkoły z naszej wioski droga wiodła przez wieś Zasanicę i dalej groblą, drogą przez łąki około trzech kilometrów.
W następnym roku szkolnym, gdy miałem iść do drugiej klasy, szkołę przeniesiono w inne miejsce. Teraz wynajęte były izby u gospodarzy Piotra i Andrzeja Białczaków.
*
W drugiej klasie wizytował szkołę pan inspektor i w czasie sprawdzania naszych umiejętności narysował kredą na tablicy drogę, drzewa, słońce i cienie drzew padających na drogę od promieni słonecznych. Wskazując na cienie drzew zapytał co to jest? Zapytany uczeń odpowiedział - ,,puścion". Zaintrygowany tym słowem, powtórzył pytanie. Zapytani następni uczniowie też odpowiadali: - "puścion, puścion". Inspektor nie rozumiał tego słowa. Mnie się wówczas przypomniały "Cienie na stepie" i odpowiedziałem, że są to cienie drzew. Wówczas nazwa się wyjaśniła.
Niektórzy chłopcy też próbowali palić papierosy i częstowali innych i mnie też. Raz idąc ze szkoły chłopcy Toryfter i Sasin zmusili mnie do wypalenia dwóch papierosów. Rozchorowałem się od tego i już więcej papierosów do ust nie wziąłem. Tak zostało do dziś.
Po roku nauki w drugiej klasie, przeszedłem do trzeciej i znów po roku do czwartej. Inni koledzy pozostawali w klasach z wyjątkiem Cześka Grudy i Teofila Sobiesiaka. My we trzech prowadziliśmy rywalizację w nauce.
W czwartej klasie trwaliśmy bezproduktywnie trzy lata, powtarzając do znudzenia te same wiadomości. W szkole w Jastrząbce dalszych klas nie było. Do Baranowa siedem kilometrów było zbyt daleko, żeby chodzić pieszo. Rodzice nie zorganizowali mi możliwości dojazdu na przykład na rowerze. A zresztą, kto by krowy na pastwisku pilnował.
(dalszy ciąg za tydzień)

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki