Był wielkim i pracowitym sportowcem

Anna Suchcicka
Arkadiusz Gołaś w akcji
Arkadiusz Gołaś w akcji Archiwum
Arkadiusz Gołaś zginął w wypadku samochodowym na autostradzie A2 w Griffen koło Klagenfurtu w Austrii - 16 września informowały polskie i zagraniczne media.

Ostrołęczanin, 24-letni siatkarz, który od kilku lat grał w reprezentacji Polski, jechał do włoskiego klubu Lube Banca Macerata, z którym miał podpisany trzyletni kontrakt.
Samochód, który prowadziła jego żona, niespodziewanie zjechał na prawo i uderzył w betonową podstawę ściany dźwiękochłonnej.

Dla znakomitego siatkarza, który szesnastkę z dumą nosił na reprezentacyjnej koszulce przez ostatnie cztery lata, szesnasty dzień miesiąca okazał się zabójczy. Arkadiusz Gołaś zginął na miejscu, jego żona Agnieszka została przewieziona do szpitala w Klagenfurcie.
- Dlaczego to nie mnie Bóg zabrał do siebie, tylko jego? - 75-letnia babcia Arka, Alicja Gołaś nie kryje łez. - To był mój jedyny wnuczek. To taki ładny dzieciak był od małego, piękny jak z obrazka. I dobry.
Tyle już w swoim życiu przeżyłam, ale nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze spotka mnie taki straszny cios.
Jako dziecko w Płoniawach był w każde wakacje. Potem przyjeżdżał tu na każde święta. Ostatnio przyjechał z zaproszeniem na ślub - wspomina babcia Gołasiowa i wraca pamięcią do narodzin Arka.

24 lata temu rodzice, Tomasz i Danuta Gołasiowie przyjechali 8 maja do Płoniaw na odpust. Arkowi widać na odpuście się spodobało, bo postanowił opuścić przytulne łono mamy. A że makowski szpital był wtedy w remoncie, Arek urodził się 10 maja w Przasnyszu.
Na ślub jedynego wnuka babcia Gołasiowa z racji wieku nie pojechała, ale lada dzień spodziewała się otrzymać zdjęcia ślubne wnuka. 18 września oglądała je w jednej z ogólnopolskich gazet, tuż obok fotografii roztrzaskanego samochodu, w którym zginął Arek.

- Kiedy miał ze trzy lata, spadł z chlewka na beton. To był bardzo ciężki wypadek. Arek leżał nieprzytomny, miał wstrząs mózgu i pękniętą czaszkę. Całą noc wówczas siedziałam z nim na OIOM-ie w makowskim szpitalu - wspomina 75-letnia kobieta i dodaje, że ponad 20 lat temu Bóg się nad Arkiem ulitował i przywrócił go światu.

Marek Gołaś, stryj i ojciec chrzestny Arka, przywołuje mniej dramatyczne chwile: - Pamiętam jak któregoś dnia, Arka z siostrą Kasią, jeszcze tacy mali byli, prababcia wysłała do ogródka narwać szczypiorku.
A oni, miastowi, chodzili tacy zagubieni przy tych warzywach, bo nawet nie wiedzieli jak ten szczypiorek wygląda - uśmiecha się do swoich wspomnień Marek Gołaś. O śmieci Arka rodzina z Płoniaw dowiedziała się z radia.
- Zaraz potem zadzwonił do mnie Tomek. Powiedział tylko "mamusiu…". A ja mu: "Nic więcej nie mów, wszystko już wiem" - opowiada Alicja Gołaś, która sama już nie wie kogo bardziej ma żałować. O śmierci syna państwo Gołasiowie dowiedzieli się od Ryszarda Boska, menedżera Arka.

Spieszyli się do nowego życia

W czerwcu Arek podpisał trzyletni kontrakt z czołowym klubem włoskiej Serie A Lube Banca Macerata. W lipcu się ożenił.
Arek i Agnieszka Dziewońska ślub planowali na 16 lipca. W tym czasie jednak reprezentacja Polski walczyła w Rzeszowie w turnieju kwalifikacyjnym do mistrzostw świata. Dlatego też ślub odbył się w czwartek - jedyny w lipcu wolny termin w kalendarzu Arka. Uroczystość zaślubin odbyła się 21 lipca w kościele pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbego w Częstochowie. Świadkiem na ślubie był kolega Gołasia z reprezentacji Krzysztof Ignaczak.

Kilka tygodni później nowożeńcy wybierali się do Włoch fordem focusem. W Warszawie jednak samochód im się popsuł. Była to poważna awaria, na usunięcie której musieliby poczekać ze dwa tygodnie. Czekanie jednak nie wchodziło w grę. Najpóźniej w sobotnie południe 17 września Arek miał się zameldować w nowym klubie.
Młodzi małżonkowie zdecydowali się więc kupić nowy samochód. W środę odebrali toyotę avensis i przyjechali do Ostrołęki. - Arek chciał się pożegnać z rodzicami, wyjeżdżał przecież na trzy lata do Włoch - opowiadają sąsiedzi państwa Gołasiów i dodają, że Arek i Agnieszka na pewno jechali ostrożnie. - Z Ostrołęki ruszyli w czwartek po godz. 12.00.

Pojechali do Częstochowy, do domu. Tam się zapakowali i od razu ruszyli do Włoch. Spieszyli się. Oni nigdy za kierownicą nie szaleli. Może wpadli w poślizg, może przysnęli. Byli w podróży już dziewiętnastą godzinę - obliczają sąsiedzi z bloku, którzy o śmierci syna sąsiadów z dołu dowiedzieli się z telewizji w piątek ok. godz. 13.00. Są zszokowani i zdumieni.

Najlepsze lata miał przed sobą

- Przez pół dnia jeździliśmy po Ostrołęce, włóczyliśmy się po ulicach, zajrzeliśmy na halę sportową, posiedzieliśmy na stadionie i cały czas gadaliśmy - tak wspomina ostatnie swoje spotkanie z Arkiem Renisław Dmochowski, jego pierwszy trener. W piątek 16 września Dmochowski był na turnieju energetyków w Warszawie.

Telefon komórkowy zostawił w pokoju. Gdy wrócił po półtorej godzinie, stwierdził dziewięć nieodebranych połączeń. Pomyślał, że coś się musiało stać.
- Turniej trwał cztery dni, ale dla mnie skończył się drugiego dnia ok. godz. 13.00. O tragedii powiadomił mnie Darek Werpachowski, siatkarz NET-u Ostrołęka.
Chciałem znać szczegóły, ale nikt mi jeszcze wówczas nie potrafił powiedzieć jak zginął, gdzie i dlaczego - opowiada Dmochowski, który skłania się ku teorii związanej ze zmęczeniem: - Dwa lata temu Arek kupił forda focusa.
Kiedy dowiedziałem się o wypadku, pomyślałem w pierwszej chwili, że coś z tym focusem się stało, że może jakaś awaria.
Ale potem dowiedziałem się, że jechał nową toyotą avensis, którą odebrał zaledwie kilka dni wcześniej. Nawet nie chce gdybać co się stało, ale faktycznie 7.10 to czas spania. Może więc przysnęli - zastanawia się Dmochowski i dodaje: - To był człowiek, przed którym świat stał otworem.

Arek najlepsze lata miał przed sobą. Do swoich maksymalnych możliwości doszedłby za dwa, trzy lata - uważa Dmochowski i opowiada o wyjątkowej pracowitości Arka: - Liga światowa, eliminacje do mistrzostw świata, a mistrzostwa Europy… Jego kalendarz był bardzo napięty. On w zasadzie nie miał nigdy wakacji. Jego świat to ciągle podróże, między Spałą, Warszawą, Częstochową i Ostrołęką.
Takie jest niestety życie na najwyższej półce sportu - wyjaśnia Renisław Dmochowski, który po raz ostatni widział się z Arkiem w kwietniu. - Jego wizyta w Gimnazjum nr 1 w Ostrołęce sparaliżowała życie szkoły. Gdy się pojawił, uczniowie za nic nie chcieli wracać na lekcje - wspomina Dmochowski, który wszedł wówczas z Arkiem w układ.
Jego dawny podopieczny w maju przyszłego roku obiecał zaprosić do Ostrołęki swoich kolegów z kadry i pokazać wszystkim, małym i dużym ostrołęckim miłośnikom siatkówki, jak się gra.

Pierwsze kroki z platfusem

Pod skrzydła Dmochowskiego Arek trafił w trzeciej klasie szkoły podstawowej.
Była to klasa sportowa w SP nr 7 o profilu siatkarskim. Wówczas specjalnego talentu w Arku nikt nie widział. Chłopiec był chudy, wysoki i… bardzo pracowity.
Z płaskostopiem. - Płaskostopie u siatkarza zaprzecza jakimkolwiek prawom. Płaskostopie przecież sprawia, że człowiek jest mniej skoczny. Ale on skakał jak pająk, mimo że nikt z nim nie ćwiczył ani motoryki, ani siły - wspomina dawny opiekun.
Talent Arka rozbłysł niemal w jednej chwili. - Pod koniec ósmej klasy pojechaliśmy na mistrzostwa makroregionu do Białegostoku i tam zajęliśmy drugie miejsce. Przegraliśmy tylko z Warszawą - opowiada Dmochowski i dodaje, że po tym wyjeździe wiedział już, że na Arka, który wówczas mierzył 188 cm wzrostu, warto postawić.
- Decyzja o jego dalszej sportowej karierze, była moją decyzją - mówi i wspomina jak dzwonił do Krzysztofa Felczaka, wówczas trenera MKS MOS Wola Warszawa i nalegał na jego przyjazd do Ostrołęki.

Trener MOS przyjechał, Arek mu się spodobał. Reszta należała do rodziców, którzy musieli podjąć trudną decyzję o wyjeździe piętnastoletniego syna na naukę do Warszawy. I tak Arek trafił do liceum ogólnokształcącego i internatu na Żoliborzu. Po III klasie LO (a licea wówczas były czteroletnie) przeszedł do szkoły mistrzostwa sportowego w Spale. Tam też zdał maturę. W końcu trafił do Częstochowy. Jego sportowa kariera zaczęła nabierać rumieńców. Mimo to Arek nadal był skromnym chłopcem z Ostrołęki.
- Po trzech latach od wyjazdu wrócił do Ostrołęki z brązowym medalem z mistrzostw świata kadetów. Miętosił ten medal w kieszeni i nie wiedział jak się pochwalić. To był bardzo skromny chłopak. Sukces go nie zepsuł - opowiada Dmochowski, któremu żal, że za czasów Arka nie było w Ostrołęce klubu siatkarskiego. - Dlatego też Arek został zarejestrowany jako zawodnik MOS Wola Warszawa.
Ale powiem tylko, że przez pięć lat Arek uczył się rok w Ostrołęce, trzy w Warszawie i rok w Spale - wylicza Dmochowski.

Szok i łzy

Rodzice Arka oraz jego siostra Kasia, studentka III roku Politechniki Warszawskiej, zaraz po otrzymaniu tragicznej informacji, wsiedli w samochód i pojechali do Austrii. Planowali najpierw zajechać do Częstochowy, do rodziców synowej, a stamtąd wspólnie ruszyć do Klagenfurtu.

Gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Arkadiusza Gołasia, jego rodziców nie było już w Ostrołęce. Sąsiedzi powiedzieli nam, że nie da się z nimi skontaktować, bo ich telefony komórkowe działały tylko w Polsce.
Pogrzeb Arka odbędzie prawdopodobnie w czwartek w Ostrołęce. - Nieważne gdzie ten pogrzeb będzie, ja pojadę Arka pożegnać. Na pewno na pogrzeb przyjadą też jego koledzy z kadry i trener Raul Lozano - zapowiada Dmochowski.

Trener reprezentacji siatkarzy odwołał zaplanowany wyjazd do Argentyny. On i koledzy Arka z kadry chcą pożegnać go uczestnicząc w pogrzebie.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
ann24
Pamiętamy... ;(
Dodaj ogłoszenie