Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Bombowi młodzieńcy

Mieczysław Bubrzycki
Dwaj młodzi ludzie z gminy Małkinia postanowili odmienić swój los, szantażując majętnego przedsiębiorcę i jego rodzinę. Już drugi rok spędzają za kratkami.

Krzysztof G. i Marek Z. mają dziś po 26 lat. Chodzili do jednej klasy Technikum Elektronicznego w Małkini. Po maturze Krzysztof poszedł do wojska, w międzyczasie ożenił się. Marek rozpoczął natomiast studia na wydziale elektroniki i telekomunikacji Politechniki Białostockiej.
Nie widywali się na co dzień, spotkali się przypadkiem w maju 2002 roku. Pogadali o tym i owym. Obaj doszli do wniosku, że źle im się wiedzie i że bez pieniędzy daleko nie zajdą.
Konkretny pomysł na lepsze życie zaproponował Marek. Pomysł był bombowy, więc do jego zrealizowania potrzebny był... ładunek wybuchowy. Temat był bliski obu młodym ludziom. Krzysztof służył w wojsku w jednostce saperów i miał z tego czasu różne ciekawe doświadczenia i notatki. Także Marek interesował się pirotechniką.

Scenariusz napisał student politechniki

We wsi Skłody, niedaleko Małkini, mieszka Radosław W. (imię i inicjał nazwiska zmienione). Marek słyszał o nim, że ma dużo pieniędzy. Swą wiedzę opierał na fakcie, iż Radosław W. prowadzi działalność gospodarczą o rozmiarach wykraczających poza granice gminy.
Nie wiadomo, czy pomysł Marka wziął się z jego głowy, czy też student elektroniki posiłkował się lekturą prasy sensacyjnej czy też może fabułą jakiegoś obejrzanego filmu. Zapewnił kolegę, że na pewno przyniesie im to, czego najbardziej pragnęli, czyli kupę pieniędzy.
Już w parę dni później oplem należącym do ojca Marka obaj koledzy pojechali do wsi Skłody i z bezpiecznej odległości obejrzeli posesję Radosława W. Po kilku tygodniach obserwacji posesji i dyskretnego wywiadu środowiskowego sporo wiedzieli o jego rodzinie. Weszli też w posiadanie numeru domowego telefonu Radosława W.

Bombę konstruował były saper

Równolegle przygotowywali się od strony technicznej. W lesie w okolicach Złotorii przy pomocy wykrywacza metali znaleźli granat przeciwpancerny z czasów II wojny światowej. Wydobyli go z ziemi i wykorzystując wiedzę saperską Krzysztofa wydostali z pocisku ok. 1 kg trotylu. W podmałkińskiej wsi, na posesji babci jednego z nich, stopili trotyl w garnkach i zrobili z niego dwie zgrabne kostki. Mniejszą postanowili wykorzystać od razu, a większą zakopali na babcinym podwórku. Na warszawskim Wolumenie kupili przedmioty niezbędne do skonstruowania bomby. Ładunek miał być odpalany przy pomocy pilota. Kupili też dwie karty Simplus oraz używaną komórkę. Wszystkie rozmowy związane z planowaną akcją postanowili prowadzić tylko na tych kartach.

Zniszczyli drzwi i zażądali 200 tys. złotych

Zamierzali uderzyć pod koniec czerwca, ale zrejterowali spod posesji Radosława W., bo przegoniły ich psy. 5 lipca pojechali ponownie do wsi Skłody. Było parę minut po godzinie 23.00. W domu W. paliło się jeszcze światło. Marek odważnie wszedł na podwórko i zawiesił przygotowany ładunek na klamce drzwi wejściowych. Ładunek odpalić miał Krzysztof, który uzbrojony w pilota stał w odległości ok. 20 metrów od ładunku. Gdy Marek był już w bezpiecznej odległości od ładunku, wybrał na komórce numer domowy Radosława W. Gospodarz podniósł słuchawkę. Z początku nie bardzo rozumiał, o co chodzi nieznajomemu. Po chwili dotarło do niego, że ktoś żąda od niego 200 tys. złotych i że w razie oporu ucierpi rodzina. Nie minęła chwila, a Radosław W. usłyszał huk. To Krzysztof G. zdetonował ładunek zawierający 170 gramów trotylu, który zniszczył w znacznym stopniu drzwi do domu. Nie trzeba nawet pisać, co działo się w domu Radosława W. Po bezsennej nocy następnego dnia z rana zawiadomił on policję.
Drugi telefon z żądaniem pieniędzy Radosław W. odebrał 10 lipca. Telefon szantażowanego był już podłączony do policyjnego magnetofonu z identyfikatorem numerów. Marek, który odgrywał rolę szantażysty, posługiwał się jednak modulatorem, który zniekształcał głos. 13 lipca podczas kolejnej rozmowy ustalono, że ostatecznie Radosław W. przekaże szantażystom 150 tys. zł i że zrobi to do 10 sierpnia. Na pytanie, co będzie, jeśli nie zdoła zgromadzić takiej kwoty, odpowiedź brzmiała: "Będzie taki wybuch, że będą cię zbierać z księżyca...". Były też groźby pod adresem żony i dzieci oraz zapowiedź, że w razie czego przyśle kumpli z Wyszkowa (!). Marek Z. wszystkie te rozmowy przeprowadzał zresztą z... Wyszkowa, dokąd specjalnie jeździł z Małkini.

Akcja w pociągu pod nadzorem policji

Termin dostarczenia pieniędzy przełożono ostatecznie na 21 sierpnia, co było efektem kolejnych telefonów. 21 sierpnia Marek zatelefonował do Radosława W. i kazał mu wziąć reklamówkę z pieniędzmi, telefon komórkowy i jechać na stację kolejową w Czyżewie. Na stacji dostał telefoniczne polecenie, aby wsiadł do najbliższego pociągu pospiesznego w kierunku Warszawy. Też to zrobił. Gdy pociąg minął Małkinię i zbliżył się do przystanku Topór, Marek poinstruował Radosława W., żeby przeszedł na tył pociągu i gdy tylko zobaczy charakterystyczny biały domek, niech wyrzuci reklamówkę z pociągu, ale koniecznie na lewą stronę. Radosław W. wyrzucił, ale na prawą stronę.
Tak kazali mu zrobić policjanci, z którymi Radosław W. kontaktował się po każdym telefonie od szantażysty. W reklamówce były przygotowane przez policję falsyfikaty banknotów, na dodatek pokryte specjalnym materiałem fluorescencyjnym.
Reklamówkę miał zabrać Krzysztof, który dojechał wcześniej do przystanku Topór. Nie mógł jednak znaleźć torby z pieniędzmi.
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami miał potem dojść do Broku, skąd zabrałby go Marek. Nie znalazłszy pieniędzy zmienił jednak plany, o czym poinformował kolegę za pomocą SMS-a. Wsiadł do pociągu i wrócił do Małkini. Zanim to zrobił, wyciągnął z telefonu kartę i zniszczył ją. To samo zrobił Marek ze swoim telefonem. Nie zdążył nawet odczytać SMS-a od kolegi.
Zanim Marek pojechał do Broku, zjawił się na stacji w Małkini, aby odebrać z pociągu swoją dziewczynę, która wracała z Warszawy. Tam czekali już na niego policjanci. Gdy Krzysztof wysiadał ze swojego pociągu, widział, że samochód kolegi jest właśnie wciągany na lawetę. Wyrzucił więc z plecaka czapkę - kominiarkę. Nie spodziewał się jeszcze, że wkrótce zostanie zatrzymany. Policjanci ujęli go, gdy wchodził na swoje podwórko.

Nie ma apelacji od wyroku

Zaskoczeni młodzieńcy przyznali się do wszystkiego i opowiedzieli ze szczegółami przebieg zdarzeń. Sąd Rejonowy w Ostrowi postanowił umieścić ich w areszcie. Wyrok w pierwszej instancji zapadł w niespełna pół roku później. Oskarżeni okazali głęboką skruchę, w ich oczach były łzy. Przepraszali Radosława W. i jego rodzinę, co jednak nie zmieniło zdania poszkodowanego na temat niedawnych prześladowców. Zarówno Radosław W., jak i jego żona, żądali dla nich surowych wyroków, bo obaj młodzi ludzie zafundowali im parę tygodni życia w ogromnym napięciu.
Jeden z oskarżonych otrzymał pozytywne pisemne opinie m.in. od wójta, sołtysa, proboszcza i dziekana wydziału, na którym studiuje. Zapewne miało to wpływ - jak również całe zachowanie oskarżonych - na późniejszy wyrok. Sąd Rejonowy w Ostrowi uznał Marka Z. i Krzysztofa G. za winnych popełnienia zarzucanych im czynów i skazał obu na kary po 4 lata pozbawienia wolności. Nie jest to wyrok surowy, bo mogli być skazani na kary po 10 lat pozbawienia wolności.
Apelacje złożyli zarówno prokurator (żądał po 7 lat więzienia), obrońcy oskarżonych, jak i sami oskarżeni. Sąd Okręgowy w Ostrołęce utrzymał jednak wyrok w mocy uznając ustalenia Sądu Rejonowego za trafne.
Obaj młodzi ludzie przebywają obecnie w zakładzie karnym i mają dużo czasu na refleksje.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki