Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Bar wzięty z samego rana

Mieczysław Bubrzycki
Pod bar zajechaliśmy o świcie
Pod bar zajechaliśmy o świcie Fot. M. Bubrzycki
W Młynarzach przekonywano mnie, że to, co zobaczyłem i czego doświadczyłem w ten czerwcowy ranek w tej gminnej wsi, było czymś zupełnie przypadkowym. Miałem po prostu pecha.

Pod bar zajechaliśmy o świcie
(fot. Fot. M. Bubrzycki)

Czwartek 5 czerwca, godz. 7.58. Mimo wczesnej pory z baru "Zacisze" w Młynarzach dobiegają podniesione głosy. Cichną na moment, gdy wchodzę do środka. Kilku mężczyzn nie całkiem świeżych zatrzymuje na mnie wzrok. Jestem obcy.
Hanna Lemańska - właścicielka baru nie kryje zdziwienia moją wizytą. Prowadzi mnie do stolika w kącie, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać.
- Przyszedł list do redakcji w sprawie rzekomego rozpijania mieszkańców Młynarzy - zaczynam tłumaczyć. - Chciałem także z panią o tym co napisano w liście porozmawiać...
Nagle od baru podchodzi chwiejnym krokiem mężczyzna. Mimo wczesnej pory ma już jakieś trzy promile alkoholu we krwi.
- Dlaczego pan przeszkadza naszej pani Hani? - pyta trochę niewyraźnie, bo język mu się plącze.
- Niech pan idzie z powrotem, my z panem mamy swoje sprawy - tłumaczy Lemańska.
Gość odchodzi. Po kilkunastu sekundach zjawia się drugi. Oceniam go na 3,5 promila.
- Kto to jest? - pyta patrząc i pokazując na mnie.
- Panie Marku, ja z tym panem rozmawiam, bo napisali skargę, niech pan nas zostawi.
Do pana Marka nie dociera prośba pani Hani. Jednak z pomocą kolegi odchodzi. Wraca po minucie.
- Pewnie pan nagrywa - zaczyna.
Ktoś trzeźwiejszy prawdopodobnie powiedział mu, że przed barem stoi samochód z logo "Tygodnika". W moją stronę nietrzeźwy kieruje spoconą dłoń.
- Marek Ogonowski - słyszę, wyciągam więc swoją rękę i ściskam prawicę pana Marka.
Gość podchodzi jeszcze kilka razy, za każdym kolejnym staje się coraz bardziej agresywny. Zaczyna mnie straszyć, tłumaczy bełkotliwie, że nie da zlikwidować baru. Prze do konfrontacji. W końcu właścicielka baru proponuje, żebym wyszedł z nią przed budynek, gdzie stoi stół z parasolem.
- To radny - wyjaśnia mi pani Lemańska, kiedy już jesteśmy na powietrzu.
Mamy tylko chwilę spokoju, bo radny po minucie znów pojawia się. Widać, że czuje się jak u siebie w domu. Podchodzi i robi wszystko, żebym opuścił te okolice. Patrząc prosto w oczy mówi, że nikogo się nie boi. W międzyczasie, gdy radny na moment znikł, przy stole zatrzymuje się inny pijany.
- Rolnicy mają teraz tak ciężko, że nawet na ćwiartkę człowiekowi nie starcza... - żali się.
Wierzę, choć nie mogę oprzeć się refleksji, że tym razem jednak jeszcze wystarczyło. Radny Ogonowski znów pojawia się na schodach baru i szybkim, choć chwiejnym krokiem, zmierza do stolika z parasolem. Żeby nie było wątpliwości, kto tu rządzi, siada na brzegu stołu, przerywa rozmowę i mówi na cały głos:
- Jak trzeba będzie, to przekupimy go. Trzy czy cztery tysiące i będzie po sprawie...
Dalsza rozmowa nie ma sensu, Lemańska jest najwyraźniej bezradna wobec gości "Zacisza". Wstaję od stołu z zamiarem udania się do Urzędu Gminy na umówioną wcześniej rozmowę z panią wójt na temat rozpijania społeczeństwa. Mówię o tym radnemu i proponuję, żeby też tam poszedł.
- Ja nie pójdę, to pani wójt przyjdzie do mnie - mówi stojąc na szeroko rozstawionych nogach.
Gdy już siedzę w samochodzie, radny jeszcze raz podchodzi, otwiera drzwi i coś jeszcze próbuje mówić. Odjeżdżam.
- Niemożliwe, żeby radny Ogonowski coś takiego zrobił! - wójt Jadwiga Kołodziejska najwyraźniej nie wierzy mojej opowieści.
- Pewnie ktoś się za niego podał, bo Ogonowski tak nie pije - przekonuje Wacław Suski, sekretarz gminy.
Ledwie skończył to mówić, radny Marek Ogonowski wszedł do gabinetu pani wójt i bez słowa usiadł na krześle. Zapadła cisza. Radny nie był ani trochę trzeźwiejszy niż w barze.
- Czy ja panu ubliżyłem? - spytał mnie radny patrząc prosto w oczy. - Czy ja panu ubliżyłem? - powtórzył.
I po chwili:
- Jeśli tak, to przepraszam.
Nic nie odpowiedziałem. Pani wójt z nerwów przypaliła papierosa. Sekretarz Suski łagodnie, ale stanowczo, zaproponował radnemu, aby poszedł do domu. Nie oponował.
- To była chyba jakaś prowokacja - powiedziała mi później właścicielka baru "Zacisze". - Radny i kilku innych przyszli już o wpół do siódmej rano. Byli podpici, ale u mnie też pili. Nie wiem, co się stało, ale ostatnim razem radny Ogonowski upił się u mnie w barze w tamtym roku, w sierpniu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki