MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Autobusowa konkurencja

mm
Rozkłady przyklejane są codziennie i codziennie zrywane. Nawet umieszczone tak wysoko, na tablicy - pokazywał nam M. Mileński
Rozkłady przyklejane są codziennie i codziennie zrywane. Nawet umieszczone tak wysoko, na tablicy - pokazywał nam M. Mileński A.Wołosz
W Ostrołęce rozpoczęła się kolejna wojna między przewoźnikami. Tym razem walczą na przystanki. Miasto chce zlikwidować przystanek prywatnych autobusów przy ul. Starosty Kosa. Miasto chce by, by ich pasażerowie odjeżdżali z dworca PKS albo parkingu przy stadionie miejskim.

Prywatni przewoźnicy protestują, PKS chce ich przyjąć na swój plac, a MZK chce pieniędzy za przystanki.
Wiceprezydent Ostrołęki Stanisław Rybski mówi, że trzeba zlikwidować przystanek prywatnych autobusów na ulicy Starosty Kosa, ponieważ nie można czekać, aż na ciasnej ulicy dojdzie do tragedii.
- Kiedyś na przystanku przy dworcu PKS zatrzymywały się tylko trzy prywatne autobusy. W tej chwili dziennie zatrzymuje się ich grubo ponad pięćdziesiąt - twierdzi Rybski. - Na ulicy jest tłok. Przystanek zagraża bezpieczeństwu w ruchu drogowym. Na razie nie mówimy o likwidacji przystanku, ale negocjujemy z prywatnymi przewoźnikami inne rozwiązania.

Pasażerom jest wygodnie...

Argumentom ostrołęckiego Urzędu Miejskiego dziwią się pasażerowie, z którymi rozmawialiśmy na przystanku w środę 27 października.
- Często jeżdżę prywatnymi autobusami, bo są tańsze niż PKS - usłyszeliśmy od jednego z mężczyzn, który wsiadł do autobusu jadącego w kierunku Goworowa. - Nigdy nie widziałem, żeby coś złego się stało na przystanku lub obok, na ulicy. Nie słyszałem, żeby kierowcy kogoś potrącili, czy doszło do stłuczki. Ja nie widzę na tej ulicy nadmiernego ruchu. A jeśli prezydent widzi, to może wystarczy zrobić tę ulicę jednokierunkową.
Kilka osób przyznaje, że owszem, chodnik na którym czekają na autobus, jest wąski, jednopłytowy, ale twierdzą, że nikt z tego nie robi problemu. Ustawiają się po prostu w szeregu i przez to też wsiadanie do autobusu odbywa się sprawnie.
Pasażerom zdecydowanie nie podoba się pomysł miejskich urzędników z przeniesieniem przystanku na ul. Witosa koło stadionu.
- To bez sensu. Bo teraz wsiadamy w centrum miasta. Z każdego miejsca jest po drodze na przystanek - powiedziała nam Danuta Zięba z Borawego. - Niedaleko są przecież szkoły, z których bardzo dużo młodzieży jeździ prywatnymi autobusami. Ludzie wracają z zakupami z rynku. Mieliby nagle iść taki kawał drogi przez miasto na przystanek?
- Dla mnie to przeniesienie byłoby dużym utrudnieniem - stwierdza Mirosława Graczyk z Pokrzywnicy. - Codziennie dojeżdżam do pracy, a z tego przystanku mam do niej naprawdę blisko. Do szkoły dojeżdża też mój brat.
Pasażerowie obawiają się również drugiego urzędniczego pomysłu - wprowadzenia prywatnych autobusów na dworzec PKS-u.
- Jeśli prywatni przewoźnicy przeniosą się z odjazdami na dworzec, wzrosną ceny biletów. Na pewno będą musieli płacić jakieś dodatkowe opłaty i na pewno poszukają na nie pieniędzy w naszych portfelach - mówią kobiety z przystanku. Chociaż ich zdaniem, nadal opłacałoby się jeździć prywatnymi autobusami, bo i tak byłyby tańsze od drogich pekaesowskich. Różnice są spore. Za bilet do Warszawy w PKS-ie trzeba zapłacić 20 zł, w prywatnym 10 lub 12 zł. Choć i PKS zaczął obniżać ceny biletów na niektóre kursy, zwłaszcza te obsługiwane przez konkurencję. W sierpniu pisaliśmy o wojnie cenowej między przewoźnikami, teraz jak widać wojna przeniosła się z biletów na przystanki.

... i bezpiecznie

Obaw wiceprezydenta o bezpieczeństwo na ulicy Starosty Kosa nie potwierdzają miejskie kroniki wypadków. Komendant Straży Miejskiej Piotr Liżewski powiedział nam, że w ostatnim półroczu straż nie miała żadnych interwencji dotyczących przystanku prywatnych autobusów. Pojedyncze dwa - trzy telefony od mieszkańców odnotowali jedynie na początku roku.
- Były to sygnały mówiące, że przystanek zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego - mowi komendant.
Żadnych postępowań w sprawie przystanku i ewentualnych zdarzeń drogowych na ulicy Starosty Kosa nie prowadzi też ostrołęcka policja.

MZK chce małej kasy i zmiany trasy

Pierwsi prywatni przewoźnicy w Ostrołęce pojawili się około dziesięciu lat temu. Na początku były trzy autobusy, które taniej woziły pasażerów do Warszawy. Dziś Stowarzyszenie skupia trzynastu przewoźników. Dziennie wykonują około czterdziestu kursów. Obsługują linie do Warszawy, Goworowa, Myszyńca, Baranowa, Ostrowi Mazowieckiej. Prywatnych przewoźników jest o kilku więcej, bo nie wszyscy, którzy wożą pasażerów, należą do Stowarzyszenia.
I w tej dużej liczbie autobusów problem dostrzega wiceprezydent, ale również Andrzej Jagielski, dyrektor ostrołęckiego MZK. Bo z ulicy Starosty Kosa korzystają także w czasie krótkich postojów przed kolejnymi kursami miejskie autobusy. Nie zawsze jednak, jak twierdzi Jagielski, mają miejsce na taki postój, bo zajmują je kierowcy prywatnych. I wówczas muszą, nadrabiając kilometrów, zjeżdżać do bazy w Wojciechowicach.
W sąsiedztwie klasztoru i w Bożej Opatrzności dyrektor upatruje tego, że na razie na tak zatłoczonej ulicy nie doszło do poważnego wypadku.
- Nade mną jednak Opatrzność nie czuwa, bo mam samochody poobijane, podrapane. Nie wiem, kto to zrobił. Ale co ma mój kierowca zrobić? Kłócić się o miejsce?
Prywatni przewoźnicy natychmiast odpierają zarzut.
- Kiedyś przez tydzień obserwowaliśmy, ile autobusów MZK zatrzymuje się przy dworcu na postój i czy rzeczywiście brakuje dla nich miejsca - twierdzą przewoźnicy. - Okazało się, że miejsce jest, a autobusy MZK rzadko miały tam postój. Czasami stały dwa, ale dla tych miejsca w zupełności wystarczyło.
Wiceprezydent wytacza więc kolejny argument. Mianowicie - z ulicy Starosty Kosa oprócz MZK i prywatnych przewoźników korzystają także autokary dowożące dzieci na miejski basen.
- I też nie mają się gdzie zatrzymać. Ta ulica stała się nagle najbardziej zatłoczoną ulicą na świecie - mówi Rybski. - Jeśli stanie się coś złego, miasto będzie odpowiadać, że dopuściło do takiej sytuacji.
Sześciu przewoźników miało podpisane umowy z MZK na korzystanie z miejskich przystanków. 19 października prezydent Ostrołęki zmienił warunki umowy. Każdemu z przewoźników stara umowa zostanie wypowiedziana w ciągu miesiąca. Dla pasażerów prywatnych autobusów oznacza to, że będą mogli wsiadać bądź wysiadać jedynie na przystankach znajdujących się przy ulicach: Stacha Konwy, Mostowej, Słowackiego i Goworowskiej.
Za każdorazowe zatrzymanie się na przystanku przewoźnicy będą musieli zapłacić 1 zł + VAT. - Dla nas to przymusowa zmiana rozkładów jazdy. Nie będziemy mogli zatrzymywać się przecież na przystankach, które mamy uwzględnione w obecnych rozkładach. Oczywiście za zmiany musimy zapłacić - denerwują się właściciele firm przewozowych.
Monika Nowak mówi, że pasażerowie, których do tej pory kierowca jadąc w kierunku Ostrowi zabierał z przystanku sprzed mleczarni, żeby wsiąść do jej autobusu będą zmuszeni przyjść na dworzec.
- To jakaś zmowa i faworyzowanie MZK - żali się rozkładając bezradnie ręce. - W Ostrowi mam pozwolenie burmistrza i z miejskich przystanków korzystam za darmo. Tak samo w Ząbkach i w Warszawie.
- Jest na terenie miasta szereg miejsc, w których prawo drogowe dopuszcza zatrzymanie się i gdzie przewoźnicy nie musieliby nic płacić - sugeruje Jagielski. - Ja im przecież ich szukać nie będę, chociaż mogę doradzić, jeśli zwrócą się do mnie z taką prośbą.

PKS chce większej kasy

Mirosław Mileński, przewodniczący Stowarzyszenia Prywatnych Przewoźników Autobusowych, mówi, że przeniesienie odjazdów na dworzec to dla nich klęska.
- PKS jest naszym konkurentem w walce o klienta. Kiedy wejdziemy na ich teren, będą nam dyktowali warunki. Nie otworzę żadnej nowej linii bez ich zgody. Nie mam też pewności, czy za rok, dwa nie wypowiedzą nam umowy. A wtedy już nie będzie powrotu, bo przystanek za płotem zostanie zlikwidowany.
Obecnie przewoźnicy mają indywidualne pozwolenia Urzędu Miejskiego na korzystanie z przystanku przy ulicy Starosty Kosa. Nie płacą za to nic, chociaż deklarują, że są skłonni zapłacić miastu za korzystanie z niego. O przystanek dbają, sprzątają i przyklejają wciąż zrywane rozkłady jazdy.
- Wiadomo, że jeśli przeniesiemy się na plac przy Witosa, nikt do nas tam nie przyjdzie, chyba że we wtorek, po targu. Bo to już w zasadzie teren za miastem.
Monika Nowak z Ostrołęki, która z mężem prowadzi firmę przewozową, mówi wprost:
- Warunki, które zaproponował PKS, są dla nas nie do przyjęcia. Po pierwsze, każdą zmianę w rozkładzie jazdy musielibyśmy z PKS-em uzgadniać. A przecież wiadomo, że nie zgodzą się ani na dodatkowe kursy, ani na otwarcie kolejnych linii na trasach, które sami obsługują. Po drugie, za każdy rozpoczęty kurs z dworca mielibyśmy płacić po 6 zł (5 zł + 22 proc. VAT).
Wiceprezydent Rybski uważa, że porównując opłaty na przykład na Dworcu Zachodnim w Warszawie (12 zł za każdy odjazd), 5 zł nie jest wygórowaną stawką.
Przewoźnicy jednak natychmiast odpierają ten argument, twierdząc, że utrzymują się głównie z kursów lokalnych, których wykonują dziennie nawet ponad dwadzieścia. Do Warszawy są to dwa, trzy kursy.
- A przecież nie jest tak, że za każdym razem odjeżdża pełen autobus. Czasami jest dwudziestu pasażerów, a czasem tylko trzech.
Monika Nowak obliczyła, że godząc się na propozycję PKS-u dziennie musiałaby płacić za odjazdy około 135 zł, a miesięcznie ponad 3 tys. zł.
- Nie przekonują mnie argumenty przewoźników - mówi Rybski. - Twierdzą, że jeśli wjadą na dworzec, to PKS przejmie im klientów. Uważam, że może być wręcz odwrotnie, bo przecież przyciągają ludzi niższymi cenami. Myślę, że przede wszystkim powinni spróbować wejść na dworzec. Jeśli będzie działa im się krzywda, będziemy ich bronić.
Rozmowy między stronami trwają od blisko dwóch miesięcy. Spotykają się w Urzędzie Miejskim z wiceprezydentem, spotykają się między sobą.
- Nie może być tak, że obok dworca funkcjonuje za płotem drugi nieformalny dworzec - słyszymy od Ryszarda Jarosza, prezesa zarządu w ostrołęckim PKS-ie - co stanowi nieuczciwą konkurencję. Dla porównania - codziennie z ostrołęckiego dworca wyrusza około dwustu kursów, z przystanku za ogrodzeniem wg informacji od przewoźników - około czterdziestu.
- Ponosimy duże koszty utrzymując dworzec. Tymczasem niech przykładem będzie prosta, codzienna sytuacja. Jeśli jest zimno lub pada deszcz, pasażerowie chronią się u nas, a następnie idą za bramę i wsiadają do prywatnego autobusu. Przewoźnicy korzystają za darmo z gotowej infrastruktury dworca, przystanków, co wpływa również na kalkulację cen biletów. To jest nie fair - podkreśla Jarosz.
Przewoźnicy twierdzą, że są zaskoczeni nagłą chęcią PKS-u przyjęcia ich na dworzec. - Do tej pory słyszeliśmy, że się na nim nie pomieścimy, że będzie bałagan. Takie słowa padały także ze strony kierowniczki dworca, na naszych wewnętrznych spotkaniach z PKS-em. Nie wiedzieć tylko czemu nie powtórzyły się już na spotkaniu z prezydentem. Usłyszeliśmy za to od wiceprezydenta Rybskiego, że jeśli propozycja dyrektora PKS-u nam się nie podoba, to zawsze możemy poszukać sobie jakiegoś placu i zbudować własny dworzec.
Prezes Ryszard Jarosz i dyrektor ds. ekonomicznych i przewozów Zbigniew Załęski zapewniają, że miejsce dla prywatnych autobusów na dworcu znajdzie się na pewno. Nie chcą jednak przystać na propozycję wydzielenia jednego ze stanowisk na prywatne kursy. Uważają, że wprowadziłoby to kompletny chaos w dotychczasowej organizacji dworca. Tłumaczą, że autobusy odjeżdżają z poszczególnych stanowisk według kierunków jazdy, a nie według przewoźników.
- Chodzi o to, by pasażer łatwo dotarł do właściwego autobusu, nie biegał między stanowiskami - wyjaśniają. - Żeby np. wiedział, że ze stanowiska nr 7 pojedzie autobusem do Warszawy. Na tablicy informacyjnej za szybą pojazdu, czy po namalowanym logo widzi, który przewoźnik podjechał.
Szefowie PKS-u zaznaczają, że nie drżą ze strachu przed konkurencją i stąd propozycja, by pozwolić prywatnym autobusom korzystać z dworca.
- Pozwólmy zadecydować klientowi. Wiadomo, że weźmie pod uwagę różne czynniki i wybierze przewoźnika, który jego zdaniem spełni oczekiwania. A może wybrać go patrząc przez zasobność swojego portfela, ale również zwracając uwagę na komfort jazdy, warunki, czas przejazdu.

*

Rozmowy z wiceprezydentem, dyrektorami MZK i PKS-u nie wyjaśniają, dlaczego nagle postanowili zmienić zasady istnienia w mieście prywatnych przewoźników. Ponieważ najczęściej kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi po prostu o pieniądze, tak jest i w tym przypadku. Jeden z prywatnych przewoźników policzył, że za korzystanie z dworca PKS musiałby zapłacić około trzech tysięcy złotych miesięcznie. Jeśli tę kwotę przemnożymy przez trzynaście, od prywatnych przewoźników mogłoby wpłynąć co miesiąc do kasy PKS-u około 40 tys. złotych. Przy rocznym dochodzie 242,1 tys. zł, jaki ostrołęcki PKS miał w 2003 roku, jest to kwota na pewno nie do pogardzenia.
Co z tego sporu wyniknie dla pasażerów? Nie powinno wyniknąć nic złego, ponieważ każdej ze stron sporu zależy, by mieć ich jak najwięcej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki