Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Argentyna w Ostrołęce, czyli uwaga! nie ma promocji na kredyty

Magdalena Mrozek
Kierownik ostrołęckiego oddziału Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Regionalnego fotografuje radiowóz, który sam wezwał w obawie przed klientami. Przyszli spytać, kiedy dostaną pieniądze
Kierownik ostrołęckiego oddziału Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Regionalnego fotografuje radiowóz, który sam wezwał w obawie przed klientami. Przyszli spytać, kiedy dostaną pieniądze Fot. J. Kulas
- Oszuści i złodzieje. Naciągają ludzi bez zmrużenia oka i nawet przy policji wypierają się, że to kredyt argentyński - ze łzami w oczach wykrzykiwali przed biurem Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Regionalnego przy ul. Piłsudskiego w Ostrołęce ludzie, którzy dali się nabrać na obietnicę atrakcyjnego i niedrogiego kredytu.

W piątek 2 lipca po raz kolejny przyszli do ostrołęckiego oddziału Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Regionalnego, żeby upomnieć się o obiecane pieniądze, za które miesiąc temu zapłacili już 500 a nawet 750 złotych tzw. opłaty wstępnej. Tymczasem pieniędzy ani widu, ani słychu. Listonosz przyniósł tylko wezwanie do spłaty pierwszej raty kredytu.
Rozsierdzeni ludzie przyszli żądać wyjaśnień w biurze firmy. Zostali z niego wyproszeni, bo jak usłyszeli od kierownika oddziału, swoimi pretensjami robią firmie antyreklamę. Kierownik wezwał policję by go broniła przed "natarczywymi" klientami. Klienci poszli ze skargą do prokuratury.
- Pan kierownik roześmiał się nam prosto w twarz i poradził żebyśmy nie dochodzili swoich praw, bo nie wiemy, kto za nim stoi - opowiada Wiesława Kowalska z Ostrołęki, jedna z poszkodowanych, którą spotkaliśmy 2 lipca przed siedzibą Funduszu.
Oprócz pani Wiesławy i jej męża była tam również rodzina spoza miasta. Wysoki, około czterdziestoletni mężczyzna nie chciał wówczas rozmawiać, bo jak powiedział, musi dojść do siebie. Płakał. Stracił 850 zł.
- Poszedłem tam z kamerą, bo chciałem nagrać tych oszustów, to wyrzucił mnie i żonę za drzwi. Przy policji wyparł się, że to jest kredyt argentyński. Może ma inną nazwę, ale działają na takich zasadach - tylko tyle zdołał wykrztusić i załamany odjechał. Potrzebował pieniędzy na remont domu.

Klasyczna argentyna

"Ratuje Cię kredyt? Uproszczona procedura - w dwa dni wniosek, spłata do 26 lat, stopy procentowe na poziomie unijnym" - ogłoszenie takiej treści skusiło panią Wiesławę Kowalską na to, żeby pójść do siedziby Funduszu i dopytać o szczegóły.
- Pomyślałam, że przydałoby się trochę grosza, żeby wyremontować mieszkanie. Pokazałam ogłoszenie mężowi, zobaczył, że raty nie są bardzo wysokie. Wzięlibyśmy kredyt na dziesięć lat i pomału spłacali.
Państwo Kowalscy wnioskowali o sumę 10 tysięcy złotych. Wiedzą, że żaden bank nie udzieliłby im pożyczki, ponieważ ze swoimi dwiema niewysokimi rentami (w sumie 1100 zł) nie mają zdolności kredytowej.
- Taki fajny ten kredyt znalazłam, cieszyłam się, jeszcze i córce pomogę - pani Wiesława planowała wydatki.
W Funduszu dowiedziała się, że przez pierwszy rok będzie płacić 81 zł raty, a następne tylko 0,3 proc. w skali roku.
- I to już powinno mi dać do myślenia - mówi z pretensją do samej siebie pani Wiesława. - Przecież w żadnej uczciwej firmie czy banku nie ma takich promocji.
Państwo Kowalscy nie mieli nawet 500 zł na opłatę wstępną. Pani Wiesława szybko wymyśliła skąd je wziąć - pożyczy w Providencie, który udziela szybkich pożyczek, od ręki, ale wysoko oprocentowanych.
- Miałam obiecaną szybką wpłatę kredytu na konto, zaraz za tydzień, więc postanowiłam skorzystać z pożyczki, bo skąd miałam wziąć te 500 złotych - opowiada.
Wniosek o kredyt wypełniła i podpisała 2 czerwca. A gotówki do dzisiaj nie ma.
- Termin otrzymania pieniędzy z kredytu przekładali mi trzy razy, ostateczny miał być 2 lipca. Jednak zamiast pieniędzy 2 lipca dostałam listem poleconym wezwanie do zapłacenia raty.
Wtedy zdenerwowana razem z mężem wybrała się do biura przy Piłsudskiego, żeby sprawę wyjaśnić. W siedzibie Funduszu spotkała kolejne osoby z takim samym problemem. Wtedy też od innych usłyszała hasło: "system argentyński". Na czym on polega, państwo Kowalscy nie wiedzieli. Nie wiedzieli, że ich 500 złotych z opłaty wstępnej zostało właśnie pożyczone jakiemuś szczęśliwcowi, który otrzymał kredyt zwany towarem.
W treści umów podpisywanych przez klientów systemu argentyńskiego, kredytu nie nazywa się kredytem, ale towarem.
- To pierwszy haczyk, który już powinien zwrócić uwagę osoby zainteresowanej pożyczeniem pieniędzy, aczkolwiek nie jest on niedozwolony prawnie - tłumaczy Janusz Pawelczyk, naczelnik pionu przestępczości gospodarczej w Komendzie Miejskiej Policji w Ostrołęce.
W umowie określony jest czas otrzymania towaru, czyli pieniędzy, na 90 dni, ale Pawelczyk widział już umowę, z której wynikało, że na towar można czekać nawet 120 miesięcy). Sprzedawcy rzecz jasna klientom o tym nie mówią, informują o znacznie krótszym terminie.
System nie wymaga zaświadczeń o zarobkach, poręczycieli, zgody współmałżonka. Wystarczy jedynie dowód osobisty. Napisanych drobnym maczkiem umów nie można negocjować i co najistotniejsze dostaje się je do ręki dopiero po wpłacie wpisowego. Klient podpisując ją zobowiązuje się do spłacania comiesięcznych rat. Ich wysokość ustalana jest indywidualnie w zależności od tego, ile pieniędzy potrzebujemy. Ile wynosi okres spłaty? Tak naprawdę nie wiadomo. Z wpłat klientów zawiązuje się fundusz, z którego przydzielane są pożyczki. O ich przydziale decyduje ślepy los. Może zdarzyć się, że szczęśliwiec wylosuje pieniądze np. na samochód czy mieszkanie niedługo po zapłaceniu wpisowego i pierwszej raty, a może czekać mając pecha i 10 lat. Przez cały czas płacąc raty. Z umowy można się wycofać, ale trzeba się pogodzić ze stratą wpisowego i wpłaconych już rat.

Poważny z nazwy

Pani Wiesława z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nawet nie podejrzewała, iż fundusz o tak poważnie brzmiącej nazwie może działać na takich zasadach.
- Jak poszłam tam pierwszy raz, w biurze zastałam z pięć małżeństw. Tym bardziej wzbudziło to moje zaufanie. A teraz myślę, że to może byli podstawieni ludzie, którzy w ten sposób robili im reklamę - zastanawia się. - Pokazywali, jak duże jest zainteresowanie.
Pani Wiesława twierdzi, że w żadnym momencie rozmów z pracownikami Funduszu nie padła informacja o tym, że kredyt będzie losowany wśród klientów, że trzeba będzie na niego poczekać - bo taka jest generalna zasada systemu argentyńskiego popularnie zwanego po prostu "argentyną".
W umowie była wzmianka o losowaniu. Państwo Kowalscy po prostu nie zrozumieli tego, co zostało w niej zapisane.
- Było w umowie coś takiego, że pieniądze na kredyty firma ma z tego, co ludzie wpłacają. I było też coś o jakimś gremium, to chyba moim zdaniem chodziło o zgromadzone pieniądze. Najwyraźniej już tak po europejsku tę umowę spisali.
Kowalscy nie mają umowy, ze złości podarli ją.
Jedynym sposobem na obronę przed "argentyną" jest dokładne czytanie umów.
- Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, nie powinien niczego podpisywać. Najlepiej, jeśli ma taką możliwość, skonsultować się z prawnikiem - radzi Tomasz Mierzejewski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce. I dodaje: - Nie znam banku, który domaga się wpłacenia pieniędzy w zamian za udzielenie kredytu.

Przedwczesna radość

- Pamiętam, jaka żona przyszła zadowolona. Od progu wołała, że załatwiła dobry kredyt, że będą małe raty. A potem nadszedł pierwszy podany przez nich termin - pieniędzy na koncie nie było, drugi - to samo, po trzecim była awantura w firmie - opowiada Dieter Kowalski. Najpierw wszedł ten pan z kamerą, ale go kierownik Funduszu wyrzucił i wezwał policję. Potem poszedłem ja, bo tak być nie może, że kredytu nie ma, żona nie podpisywała jego odbioru tylko wniosek o pożyczkę, a chcą rat. Za co? Na to ten kierownik roześmiał mi się prosto w twarz.
Państwo Kowalscy mówią, że teraz wiedzą, że dali się oszukać.
- Najgorsze, że niby tyle się mówi na ten temat i w telewizji, i piszą gazety, ale nabierają się następni, tak jak my. I widzieliśmy takie oszustwa w telewizji, ale kto by pomyślał, że i nas to spotka. Myślę jednak, że najwięcej klientów takich firm to ludzie ze wsi, którzy rzadko oglądają telewizję. Teraz pewnie ten fundusz zwinie interes, zmieni nazwę i lokal, i zacznie na nowo.
- Nie mam zamiaru zapłacić już ani złotówki. Porwałam i wyrzuciłam do kosza na śmieci te ich umowy - zarzeka się pani Wiesława. - Żeby przeczytać te maleńkie literki, którymi były napisane, to potrzeba szkła powiększającego. Oczywiście specjalnie tak zrobili. Pamiętam, że wyczytałam, że ich działalność jest legalna, bo została zaakceptowana przez sąd we Wrocławiu. Żaden prosty robotnik to takiej działalności nie wymyślił, za tym ktoś na pewno stoi.
Państwo Kowalscy nie chcą ujawnić swojego prawdziwego nazwiska. Zastrzegli je do wiadomości redakcji.
- O wszystkim wie tylko najbliższa rodzina. Nie chcę, żeby dowiedzieli się sąsiedzi, bo wstyd mi, że dałam się nabrać. Ale niech inni ludzie uważają na takie superpromocje.

Poda TO do sądu

W poniedziałek 5 lipca poszłam do ostrołęckiego oddziału Funduszu. Główna siedziba firmy mieści się we Wrocławiu przy ul. Ostrowskiego. Tam również, o czym pisała "Gazeta Wyborcza" protestowało wiele osób. Nie tylko takich zwykłych, prostych, ale byli wśród nich również nauczyciele, lekarze a nawet policjanci.
Kierownik oddziału zapamiętał mnie. Pokazał też zdjęcie, które mnie i swoim klientom zrobił, zanim wsiadł do policyjnego radiowozu. Nie wyjaśnił, w jakim celu wykonał te zdjęcia. Powiedział natomiast, że jeśli napiszę tekst o firmie, w której on pracuje, z pewnością pozwie gazetę do sądu. Przypomniał, że Fundusz ogłasza się w "Tygodniku", ale po jednym z tekstów, w którym firma przedstawiona była w niekorzystnym świetle, wycofali reklamę.
Rozmawiać o pretensjach swoich klientów kierownik oddziału nie chciał. Odesłał mnie do działu public relations Funduszu, do Wrocławia.

My nie dajemy kredytów

- Przede wszystkim, to my nie udzielamy kredytów, bo firma nie ma uprawnień do prowadzenia działalności bankowej - zaczęła stanowczo, ale dość nerwowo Anna Mielczarek, rzecznik prasowy MFRR. - Nie ma takiego zapisu ani sformułowania, jak kredyt bankowy w naszej działalności. Udzielamy środków finansowych. Wszystko zapisane jest w umowie, którą podpisali klienci.
Wszystkie osoby, które się zgłosiły do redakcji, pytały w biurze Funduszu, czy przypadkiem to nie jest system argentyński. I wszyscy usłyszeli jednakową odpowiedź: nie. Spytaliśmy o to rzeczniczkę.
- A pani potrafi mi powiedzieć, jaka jest prawna definicja systemu argentyńskiego? Czy posługuje się pani jak większość dziennikarzy własnym cudzysłowem? - Odpowiedziała pytaniem i dodała, że zasady udzielania środków finansowych przez Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Regionalnego są bardzo precyzyjnie określone w umowach.
- Uważamy, że klient, który je podpisuje, jest świadom warunków i wymogów, które są stawiane przed klientem i zobowiązań Funduszu.
Osoby, z którymi rozmawialiśmy, twierdziły, że nie rozumieją tego, co jest napisane w umowach.
- Skoro nie rozumieją, to co, oczekuje pani, że będę tłumaczem? Przychodzi dorosła osoba do biura, podpisuje umowę, dostaje kopię dokumentu i dla nas jest to jej zobowiązanie. Nikt tych osób nie zmuszał do podpisania.
Kierownik ostrołęckiego biura wezwał policję. Zapytaliśmy rzeczniczkę, czy to są codzienne standardowe zachowania pracowników w stosunku do klientów MFRR, czy miejscowa specyfika.
- Ja nie wiem, jak się klienci zachowywali, ale jeśli tak jak ten, który przyszedł i strzelał do pracowników (chodzi o zdesperowanego klienta z Katowic, który wziął pożyczkę, a dopiero później dowiedział się, że jest to pożyczka w systemie argentyńskim - przyp. red.) to chyba było to uzasadnione wezwanie. Form okazywania pretensji są dziesiątki - tłumaczyła rzeczniczka. - Można to robić w sposób kulturalny i można w sposób agresywny. Jeśli pracownik czuł się zagrożony, to w ramach ochrony własnej osoby wezwał policję.
Anna Mielczarek nie odpowiedziała nam na pytanie, jak długo klienci muszą czekać na środki finansowe, ani też ile osób je otrzymuje. Zasłoniła się tajemnicą handlową. Dowiedzieliśmy się natomiast, że 90 proc. osób, którym Fundusz co miesiąc przyznaje środki finansowe, nie podejmuje ich.
- Bo wcześniej muszą złożyć stosowne zabezpieczenia. Naszymi klientami w większości są osoby dla banków niewiarygodne. Przecież przyszli do nas z myślą, że dostaną pieniądze, a potem nie będą ich spłacać. Chcieli je po prostu wziąć i pójść sobie w świat - twierdzi rzeczniczka.

Kto poskarżył się na MFRR

Postępowanie w sprawie Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Regionalnego prowadzą policjanci z pionu ds. przestępczości gospodarczej KMP w Ostrołęce. Prokuratura Rejonowa w Ostrołęce przekazała policji trzy zawiadomienia w tej sprawie.
Postępowanie prowadzi także Komenda Wojewódzka Policji we Wrocławiu oraz komisariat Wrocław Stare Miasto, a także Komenda Powiatowa Policji w Kłodzku.
- Chodzi oczywiście o wyciąganie pieniędzy - powiedział nam komisarz Artur Falkiewicz z zespołu prasowego dolnośląskiej Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. - Jaki będzie finał postępowania, dziś jeszcze nie wiem.
Prokurator Tomasz Mierzejewski z Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce uprzedza, że sprawy przeciwko takim firmom są dość trudne, bo wymagają żmudnego zbierania dowodów i pozyskania wielu dokumentów. Z samego faktu zawarcia umowy nic nie wynika, a na pewno nie to, że chodzi o oszustwo. Mierzejewski nie wyklucza też, że w finale dochodzenia może się okazać, że spółki z punktu widzenia prawa działają legalnie.
Czytajmy więc, co podpisujemy, a jak nie rozumiemy, to nie podpisujmy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki