MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Andrzej Groda - jednoosobowy produkt eksportowy Ostrołęki

Andrzeja Grody wspomnień i planów na drodze światła wysłuchał Wojciech Dorobiński
Kayah otulona w światła firmy Groda
Kayah otulona w światła firmy Groda A. Wołosz
Jeden z bohaterów japońskich podań o czasach wojowników kierujących się w życiu kodeksem Bushido - niejaki Musashi-San - całe życie podążał drogą miecza. O postaci, którą chcemy przedstawić w tym tekście możemy powiedzieć podobnie - tylko w drodze miecz zastąpiło mu światło. Andrzej Groda, jednoosobowy produkt eksportowy Ostrołęki.

Człowiek, który znany jest na wszystkich scenach koncertowych Polski, do którego dzwonią menedżerowie gwiazd estrady, chcący by ich podopieczni wypadli dobrze w blasku reflektorów. Przykład uporu i wytrwałości, romantyk z czułością mówiący o mieście, w którym się wychował i które obrał za siedzibę firmy - a jednocześnie zorganizowany biznesmen, któremu zarządzanie odbiera
przyjemność osobistego ustawiania scenicznych świateł. Jaki jest smak i koszt sukcesu, który odniósł, a co jeszcze przed nim? Spróbujemy poszukać odpowiedzi, słuchając opowieści Andrzeja Grody.

Krok pierwszy

Tak naprawdę, to nie pamiętam takiego zetknięcia się ze światłem, które zadecydowałoby o wyborze przyszłości. Interesowałem się wtedy muzyką - grałem na pianinie - i fotografią. Może rola
światła w robieniu zdjęć sprawiła, że zacząłem szukać o nim informacji, czytać, a w połowie lat 80. nie było to łatwe. W Ostrołęce był jeden sklep fotograficzny i zero literatury. Miałem 15 lat, kiedy zobaczyłem u kolegi z podstawówki diody migające w takt muzyki. Potem były szkolne dyskoteki z migającymi lampami. Szukałem miejsca, gdzie było światło i muzyka - i trafiłem do ostrołęckiego klubu Oczko.

Po podstawówce chciałem iść do szkoły fotograficznej albo mającej coś wspólnego z elektroniką. Najbliższe technikum fotograficzne było w Warszawie. Zostałem w Ostrołęce, początkowo w liceum, później w technikum elektrycznym. Wtedy na dobre przylgnąłem do Oczka. Spędzałem tam coraz więcej czasu, podglądałem i sam ustawiałem
światła. Zacząłem zbierać lampy. Po zakończeniu średniej szkoły praca w Oczku była dla mnie czymś naturalnym. Choć rodzice protestowali i wysyłali mnie na studia.

Epizod muzyczny

Andrzej Groda nie zna języków, nie ukończył studiów,
a prawo jazdy ma od dwóch lat. Jest zaprzeczeniem recepty na karierę, którą każą realizować swoim dzieciom ambitni rodzice. Ale Andrzej Groda ma w sobie pasję, której nie da się nauczyć. Warto by tę pasję, talent, wiedzę i szerokie znajomości w polskim show-biznesie wykorzystać dla Ostrołęki. Najbliższa okazja to finał WOŚP, następna propozycja powinna być skierowana w drugą stronę: z Ostrołęki do Polski,
może nią być wspomniany przez Andrzeja festiwal światła, a może zupełnie coś innego.

Zabawa w muzykę zamieniła się w zespół Ilicz. Grałem w nim z
trzema kolegami: Robertem Pawlakiem, Robertem Mierzejewskim i Grzegorzem Ćwintalem, notabene żaden z nas nie ma dzisiaj nic wspólnego z muzyką, poza tym, że ja oświetlam występy i koncerty. Grając w Iliczu trafiliśmy na eliminacje Ogólnopolskiego Przeglądu Muzyki Młodzieżowej. Był to bodajże rok 1989. Przegląd trwał od stycznia do maja. Przebrnęliśmy przez sito eliminacji, jadąc po symboliczny dyplom i nieoczekiwanie dla nas samych weszliśmy do ścisłego finału, tzw. złotej dziesiątki. Finał na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu oglądał redaktor Leszek Nowicki z Polskiego Radia. Zaprosił nas wtedy do Opola na koncert debiutów. Ale z mojego punktu widzenia zdarzyło się coś innego. Koncert we Wrocławiu oświetlał Mieczysław Kozioł, jeden z najlepszych w Polsce oświetleniowców. A z kolei w Opolu poznałem Grzegorza Ciechowskiego, z którym w przyszłości miało połączyć nas światło.

Przełom

Kariery muzycznej nie zrobiliśmy, Ilicz się rozpadł. A ja cały czas
szukałem sposobu, żeby się rozwijać, wiedzieć i umieć więcej. W Warszawie grano "Metro" (pierwszy polski musical w reżyserii Janusza Józefowicza, w którym debiutowali m.in. Edyta Górniak i Robert Janowski - przyp. red.), świecił znowu Mietek Kozioł. Kiedyś, jako widz po spektaklu poszedłem pogadać z jednym z obsługujących reflektory. Myślałem, że spróbuję w Warszawie, w dużej firmie, przy dużym projekcie. Nie udało się, więc sam zacząłem zbierać sprzęt. Wtedy pracowałem nadal w Oczku, to były takie czasy, że przez kilka miesięcy oszczędzałem na zakup czterech lamp. Punktem zwrotnym był koncert Grzegorza Turnaua w Ostrołęce, to była wiosna roku 1994. Realizowałem światła tak, że menedżerka chciała ich zmiany. Postawiłem się, byłem chłopak z Ostrołęki, ale o świeceniu miałem już trochę pojęcia. Po koncercie podeszła, przeprosiła i wzięła na mnie namiary. Zadzwoniła wkrótce, proponując trasę koncertową z Michałem Bajorem. To był przełom. Pojechałem w Polskę ze swoim sprzętem. Było to jakieś dziesięć lat temu. Wtedy chyba już musiałem zarejestrować działalność. I to można by uznać za początki firmy Groda.

W trasie

Ta konsola kosztuje tyle, co dobry samochód. Daje się z niej sterować 200 punktami świetlnymi. Nas zachwyciła
opcja zmieniania kolorów światła poprzez wodzenie palcem po ekranie
(fot. W. Dorobiński)

Recital Michała Bajora reżyserował Janusz Józefowicz, świeciłem na scenie teatru Buffo - potem praktycznie na wszystkich teatralnych deskach w kraju. Jeździliśmy z pełną ekipą, trzema tancerkami, pianistą i wokalistką. Trochę wieści rozeszło się po kręgach menedżerów i tak zaczęło się moje rockowe świecenie. Zostałem realizatorem świateł dla Edyty Bartosiewicz. A potem już samo poszło. Przy koncercie Justyny Steczkowskiej, której producentem płyty był Grzegorz Ciechowski, zaczęła się moja z nim bliższa znajomość. Pamiętam, jak po koncercie podszedł i złożył mi gratulacje, to były dla mnie jedne z najważniejszych gratulacji w życiu.
Grzegorz był wspaniałym facetem, a Republika świetnym zespołem. Potem przyszły kolejne zespoły, koncerty, trasy. Przeprowadziłem się do Warszawy, a w międzyczasie zaczęła mi się rozrastać firma. Świeciłem polskim wykonawcom w USA i na europejskich
trasach. Nie byłem już w stanie robić tego sam. Teraz świecę dla wielu gwiazd estrady, na wieczorach firmowych koncernów działających w Polsce, na zamkniętych imprezach, ale jestem przecież obecny i w Ostrołęce, czy to podczas mistrzostw bokserskich, czy na Ospie.

Dzień dzisiejszy

Jesteśmy jedną z pięciu największych, liczących się firm w Polsce. Trzy z nich są w Warszawie, jedna w Krakowie i jedna w Ostrołęce. Zatrudniam 25 pracowników, są ludzie ze Szczytna, Gdyni, Ełku. Wszyscy zamieszkali w Ostrołęce. Mamy tu magazyn ze sprzętem i stąd wyruszamy w Polskę. Obsługujemy w ciągu miesiąca około 30 imprez różnego formatu. To ciężki zawód, wielu ludzi nie wytrzymuje i odchodzi. Dużo czasu spędza się poza domem, w trasie. Czasem
wyjazd wypada nagle, z zaskoczenia, w nocy. Czasem trzeba jechać na drugi koniec kraju. Nie jest łatwo, a i młodzi ludzie z Ostrołęki nie garną się do tej roboty. Nie stoi u mnie pod drzwiami tłum bezrobotnych, którzy chcieliby nauczyć się nie najgorzej płatnej roboty.
W tej chwili mam tyle sprzętu, że możemy jednocześnie obsłużyć siedem imprez wymagających skomplikowanego oświetlenia. Zapewniamy największą różnorodność sprzętu w Polsce. Sami budujemy skrzynie na lampy, mamy ich około 400, mamy też pół kilometra konstrukcji do ich wieszania. Cały czas inwestuję
w sprzęt i szkolenie ludzi - ale to ostatnie musimy robić sami, bo nie ma nadal w Polsce takiej szkoły. Przez moment myślałem nawet o jej utworzeniu. Zbudowaliśmy studio treningowe, w którym omawiamy ustawienia świateł, ludzie uczą się obsługi konsolet - klienci mogą zobaczyć przykładowe propozycje oświetlenia. Czy jesteśmy
drodzy? Nie, w zależności od wielkości imprezy wyceniam nasze usługi od 400 do 10.000 złotych. Wszystko jest relatywne. Szukamy wyzwań, trudnych obiektów do oświetlania np. Politechnika Warszawska czy ostatnio Dwór Artusa w Toruniu.

Bilans zysków i strat

Naszą pracę doceniają inni, a ja, czy jestem z siebie zadowolony? I
tak, i nie... Chciałem świecić, dziś prowadząc firmę nie mam na to czasu. Muszę negocjować z klientami, prowadzić dokumentację, rozliczać sprzęt. Stałem się trochę buchalterem. Sam opracowałem program komputerowy pozwalający mi koordynować pracę
firmy. Myślałem, że trochę więcej uda mi się zrobić w tym czasie. Praca zawodowa odsunęła na bok życie prywatne, nie zdążyłem założyć rodziny, pójść na studia. Ale mimo wszystko jest satysfakcja, rodzice chyba już zrozumieli, że obrałem taką drogę i są teraz ze mnie dumni. Osiągnąłem jakąś stabilizację zawodową, jestem w polskiej
czołówce firm, i po ułożeniu, zorganizowaniu zarządzania firmą będę myślał o przyszłości. Może czas na rodzinę, może uzupełnienie wiedzy? Tylko znowu pytanie, gdzie? Najlepsze byłyby indywidualne studia. Interesuje mnie zbyt wiele rzeczy i nie mogę sobie ułożyć ich programu.

Przyszłość

Może gdzieś w świecie, na dużych koncertach. W Polsce niestety minęła epoka koncertów, zamiast nich są bankiety z gwiazdami. Czasem znane osobistości urządzają sobie prywatne imprezy z gościnnie występującymi artystami, a my robimy im światło. Teraz są raczej imprezy techno i hip-hopowe, muzykę grają didżeje, przychodzi kilkanaście tysięcy osób, rola świateł na takiej imprezie jest zupełnie inna. To nie jest jednak zagrożenie dla firmy Groda, wręcz przeciwnie. Mam mnóstwo zleceń, są to jednak inne zlecenia.

Mam też marzenia dotyczące mojego miasta. Marzy mi się zorganizowanie Festiwalu Światła - tu, w Ostrołęce, której można by dodać blasku. Ale czasem wydaje mi się, że nikt nie jest tym zainteresowany. A przecież to by dużo nie kosztowało. My i tak musimy ćwiczyć, żeby wyprzedzać inne firmy. Możemy przy okazji oświetlać miasto, przenosić światło z dzielnicy, na dzielnicę, nawet zwykłe bloki mogą wyglądać interesująco.

I chciałbym znowu mieć czas, żeby samemu usiąść za konsoletą i poukładać osobiście świetlne obrazy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na to.com.pl Tygodnik Ostrołęcki